28.2.14

Cisza hotelowa

Im bardziej mogę zanurzyć się w międzynarodowym środowisku, tym mi lepiej. Ładuję baterie, wszelkie akumulatory dostają potężną dawkę energii, którą jeszcze długo wykorzystuję po powrocie. Głęboko oddycham z podniecenia okolicznościami. Nowymi inspiracjami. Dla mnie jako marketingowca, a do tego w tak wąskiej specjalizacji, takie wyjazdy są bezcennym źródłem wiedzy i pomysłów. Nie może tego nic zastąpić. Moja ciekawość ludzi i podejścia i wzajemnie. Wyobraźnia kocha brak granic i ograniczeń.

Moja ulubiona (kolejna już) kwestia wpływająca na slow life: umiejętność łączenia obowiązkowości z czerpaniem przyjemności z życia. Dla mnie to bardzo ważny element life balance. 

Fajnie jest wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie - jak Justyna Kowalczyk -" wygram, albo zdechnę", a kiedy zupełnie i totalnie zatracić się w błękicie nieba, albo smaku soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy.

Wbrew pozorom, niektóre skojarzenia pojawią mi się już zawsze. Tak jak widząc "slow", myślę tylko o slow life, tak widząc powyższe logo zupełnie niezwiązane z blogowaniem, widzę platformę blogową.

Co kocham szczególnie w wyjazdach? Ciszę hotelowego pokoju. 


Gdy już się kładę, wtapiam się całą sobą w ciszę. Właściwie telewizja czy inne nośniki są mi zupełnie niepotrzebne. Cisza i książka i mam inną fazę błogostanu.

Po niezmiernie dynamicznym, intensywnym dniu, wielu rozmowach i emocjach z nimi związanych, lekko wyhamowanych wieczorem, znajduję jeszcze przynajmniej godzinę tylko dla siebie.

Tak na marginesie, magia hotelowych łóżek. Jak to działa, hm?

Śniadanie w Gdańsku, kolacja już w innej części Europy. I odwrotnie. Zmieniający się krajobraz za oknem i twarze i języki.

(...)

7 rano. Budzę się wyspana. Patrzę za okno. Pada deszcz. To nic. Pasuje do pory. Biorę prysznic. Suszę włosy. Kładę się goła na łóżku  i sprawdzam czy działa wifi. No tak, wygasł dostęp. Muszę zejść do recepcji. Leżę jeszcze trochę. Ubieram się, maluję. Wychodzę z telefonem.
Pan z obsługi idzie ze mną do wielkiej sokowirówki, a raczej wyciskarki soku, która tak apetycznie miażdży owoce.
- Czy na coś jeszcze ma Pani ochotę? - pyta z troską
- Hm, chciałabym jajka sadzone. Pomoże mi Pan? - odpowiadam z uśmiechem i rozglądam się za pieczywem.
Pan wyręcza mnie i zanosi mi sok do stolika. Idę za nim. Za chwilę dostaję jajka. Czuję się tak, jak każdy by się czuł. Jem powoli. Dosiada się jakiś mężczyzna.
- Dzień dobry, smacznego.
Wymiana uprzejmości.

Przy stoliku, z drugiej strony, siada mężczyzna z dwoma chłopcami. Rozmawiają po polsku. Ojciec z synami. Uśmiecham się do nich, a oni do mnie. Jeszcze nie wiedzą, że ich rozumiem. Ich rozmowa jest ujmująca. To taki ojciec, jak z bajki. Jakiego chce się mieć. Tłumaczy (takim fajnym tonem) chłopcom między innymi, że ich jajecznice są z prawdziwych jajek, bo pani robiąca jajecznicę, robi ją przy kliencie, ale tak nie musi być, bo niektóre restauracje robią jajecznice z płynu. Słuchałam lekcji razem z chłopcami, jedząc swoje śniadanie. Przerabiają jeszcze kwestię jajecznicy i jajek sadzonych w różnych językach.
W między czasie dzwoni kolega z firmy. Rozmawiam po polsku. Sąsiad zwraca na to uwagę i ponownie się uśmiecha. Lubię to uczucie.
Przestaję się przysłuchiwać ich rozmowie. Zajmuję się pocztą w telefonie, korzystając z hotspota.

Boże, jaki ten sok z pomarańczy jest pyszny. Czemu ja nie mam sokowirówki?
To będzie znowu intensywny dzień.
Cieszę się.

(...)

Pakowanie w 10 minut. Reisefieber nie przejdzie mi chyba nigdy. Kocham ten dreszcz emocji.
Zachwyt chwilą, który trwa już zawsze.

Powroty do domu dobrze smakują, gdy podróż przynosi tak wiele.
Poczucie spełniania ma wiele odcieni. Kolekcjonuję.

Miałam okazję znowu zagrać na fliperze. Rany, od lat tego nie robiłam. Cudo.