15.1.13

Cichy zabójca

Ostatnio  z każdej strony docierają do mnie doniesienia o cichym zabójcy. Występuje wszędzie. Powoduje tycie, powoduje cukrzycę i jest potworny. Kto? No oczywiście: 
Syrop glukozowo-fruktozowy

Ha! Został namierzony. Mamy go! Już się nie ukryje! Wiemy, gdzie jest! AAAAAaaaaa!!!!






Patrzę na te ataki i nie wierzę.
Ludzie, wy tak poważnie? Wy jesteście naprawdę zdziwieni? Bez żartów.

Poszłam aż otworzyć lodówkę. Na 12 produktów: masło, mleko kozie, ser mozzarella, chrzan, ketchup, konfitura wiśnie z amaretto (pycha do herbaty), śmietana, sok z żurawiny (100%), majonez, musztarda, jogurt bałkański i likier pomarańczowy, znalazłam syrop jedynie w tym ostatnim. No trudno. Więcej przetworów nie mam. Statystyka ich jednak mówi jedno: obecność syropu jest naszym wyborem. Jak obecność cukru. Ten wystąpił już w kilku produktach więcej, ale też nie wszystkich. 

Co mnie dziwi, to zdziwienie ludzi. W necie spotkałam się z komentarzem "znalazłam syrop w chlebie :/". No kochanie, jak się jada chleb "z paczki", to się dostaje nie takie rzeczy. Denerwuje mnie argument pieniędzy. Myślę, że większość z nas kieruje się ekonomią przy zakupach i to nie jest żadna wymówka. To jest dość brutalnie prosta sprawa: albo biorę dobre, albo wcale. Jak z terminem przydatności. No przecież nie wezmę świadomie przeterminowanego, żeby się w domu wkurzać, że wzięłam. 
Trzeba po prostu więcej gotować i nie kupować przetworzonych rzeczy. Jeśli się jednak na nie decydujemy, bo każdy z nas pewnie nie raz sięga po coś mocno przetworzonego, to nie róbmy z siebie idiotów odkrywając pewne składniki. Naprawdę źródeł na temat szkodliwości nadmiarów pewnych dodatków, stron na temat zdrowego odżywiania jest tyle, że powoli wstyd jest nie wiedzieć. Można to ignorować, ale nie wypada nie wiedzieć. To już się staje tak jasne, jak fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca. 

Tę wiedzę po prostu należy mieć.

Kwestia syropu, tak jak szkodliwości samego cukru, czy tłuszczów utwardzonych (zwanych tłuszczami trans) jest oczywista. Nie wkurzajmy się na producentów. To jest wolny rynek. Gdyby mieli nie stosować tego, co w nadmiarze szkodzi, to półki sklepowe świeciły prawie takimi pustkami jak za czasów PRL. Popyt to wy, podaż to oni. Marketing tylko nadaje temu ładną otoczkę.
Wybór popierajmy wiedzą, którą rozszerzajmy, chociaż się nie chce. 

I nawet ja, mimo kuchni pp, mimo świadomości obecności szkodliwych składników, nie jestem ortodoksem i czasami świadomie sięgam po to, co szkodliwe, ale robię to na własną odpowiedzialność. Inną opcją konsumencką jest jednak to, co wybieram częściej: po prostu nie biorę takich produktów do koszyka. To mój głos. Ten wybór to moja decyzja.

Ale naprawdę, życzę ludziom trochę samokrytyki. Podejście, że rząd powinien kontrolować skład produktów, owszem, ale wg norm. Normy dopuszczają obecność określonych składników w określonych ilościach. To my decydujemy ile i skąd je sobie dostarczamy. 

Wiem, taka prawda nie jest przyjemna. Mało mnie to jednak interesuje. Lubię odpowiedzialność za własne wybory. Szczególnie w tak banalnych sprawach, jak wybory przed półką sklepową.

Fakt, że produkty są przetwarzane, że zawierają jakieś składniki należy łaskawie przyjąć do wiadomości i po prostu zapoznać się, chociaż powierzchownie, z tymi składnikami. Oceniając ich działanie i ew. szkodliwość, gdy przesadzimy. Uniknąć się ich nie da zupełnie, to raczej oczywiste. Poznać. Poznać i jeszcze raz poznać.

Dla przypomnienia: wpis o dodatkach E.