20.1.13

Kodeks zołzy cz. 4

albo nawet cz. 5

Kobiety dawniej i dziś. Kobiety starej daty, jak ja. My żyjemy w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, łącząc niemożliwe. Łącząc odpowiednio uległość z bezwględnością i uporem. Moja babcia mówiła mi, że kobieta ma być jak kotka, wiedzieć kiedy się przytulić a kiedy podrapać. W jednym i drugim warto jest być naprawdę doskonałą.

Dla mnie te rzeczy, to aksjomat - powiedział mi dziś pewien mężczyzna.

 



Rozmawiam ze znajomą (ciężko powiedzieć, że to znajomość, bo biologicznie mogłabym być jej matką), 20tką. Mądra dziewczyna, nie ma jeszcze pojęcia o relacjach z chłopakami, ma jednak pewien instynkt, mówiący jej, gdy coś jest nie tak. Ona też rokuje dobrze na "kobietę starej daty". I dobrze jej idzie. Czasami radząc się mnie o coś, boi się, że jej chłopak odejdzie, jeśli będzie asertywna. Nie odszedł. Nie, nie jest typem pantoflarza. Wręcz przeciwnie. Znam go na tyle, że widzę, jak próbuje ją ustawić na własną modłę. Jest od niej kilka lat starszy i wie co robi. Są z sobą dość długo, ale ciągle się docierają. I dobrze. To docieranie nie powinno się skończyć naprawdę nigdy.

Cała magia w relacjach damsko-męskich polega na kobiecej asertywności i cierpliwości, o których pisałam ostatnio. W tych dwóch słowach ujmuje się jeden z kluczy relacji.

Rozluźnienie relacji, równouprawnienie powodują pewne zaburzenia, które odbijają się głównie na kobietach. Jestem za równouprawnieniem, ale rzadko zgadzam się z nim w takim zakresie, w jakim proponuje go współczesny świat. I nie mam z tym problemu, bo na szczęście z reguły mam do czynienia z prawdziwymi facetami starej daty, przy których nie muszę się zastanawiać, czy oni rozumieją podstawowe kwestie. Rozumieją. Reszta, nie wszyscy, ale zdarzają się, robią kardynalne błędy na każdym kroku. Oni są z reguły przeze mnie wyłącznie "drapani". Nieważne jest dla mnie, czy to kolega, czy kandydat na coś więcej (jako mężatka nie mam dylematu). Więc obracam się w kręgu kolegów. W relacjach biznesowych sprawa jest prosta i oczywista z założenia. Tak, faceci są dżentelmenami. Po prostu.
Relacje koleżeńskie powodują czasami jednak różnego typu sytuacje, które kończą się zgrzytem. Czasami jestem zwyczajnie niegrzeczna. Nie zgadzam się na zbytnie spoufalanie, zbyt osobiste komentarze, nie jestem "wyluzowana". Tzn jestem, ale to ja decyduję na ile i kiedy i z kim chcę się spoufalić. Jednym z częstszych zdań facetów jest "jak ten mąż z tobą wytrzymuje?". No umówmy się, nie traktuję go jak kolegów i jest wiele czynników, o których nie wiedzą, jako koledzy. I tak powinno być. No to raczej normalne. Dziwi mnie zdarzające się zdziwienie. Wyjaśniam, z czego wynika. Kiedy nie życzę sobie takich czy innych reakcji, komentarzy, uwag. Krótka piłka -  Lubmy się, albo i nie, ale nie robimy tak i tak. Tak i tak, to sobie rób do swojej kobiety.

M. też kiedyś był moim kolegą. Co najlepsze, jako kolega nie zrobił nic, co by spowodowało, że w tym magicznym kręgu kolegów pozostał. Wszystko jednak było naturalne i samoistne. Ja mu nic nie tłumaczyłam. Ciekawostką dla mnie było, ponieważ poznaliśmy się na studiach (i przez studia tak pozostało) i miałam okazję obserwować jego relacje z koleżankami. Zachowania dziewczyn wobec niego. Odbiegałam od nich wszystkich. Nie wiedziałam, czy to dobrze, czy źle, po prostu tak było. Co ciekawe, one szukały kontaktu z nim, a on ciągle szukał kontaktu ze mną. A to wyciągał mnie na papierosa, a to siadał koło mnie, bo coś tam, a to zagadywał o jakieś notatki (nigdy mu żadnych nie dałam), wkurzał się o moją wredność i brnął dalej. Krążył jak sęp nad padliną.  Z czasem zaczął proponować podwiezienie po zajęciach do domu. Za którymś razem zaprosiłam go do góry na kawę. Pod pretekstem jakiegoś egzaminu poprosił mnie o numer telefonu. I tak się to powoli rozkręcało. Zawsze. Z każdym. Stare i pradawne rytuały. To łączy wszystkich, do których dziś mam jedynie sentyment. Byli niesamowitymi zdobywcami, a nie mieli ze mną łatwo.

Wracając.. Nie wykonałam żadnego ruchu, żeby go do czegokolwiek zachęcać. Nie szukałam sposobności bycia z nim. Chociaż kochałam się w nim jak szalona (ja lubię się kochać jak szalona dla sportu), to nigdy tego nie zauważył. Dlaczego?

Bo jestem kobietą starej daty. Mnie się zdobywa. Dla mnie zdobywanie mnie to gra wstępna. Niezbędne. Efekt nigdy nie będzie znany do końca. Doprowadzę faceta do białej gorączki. I pójdę sobie, gdy mi coś nie będzie pasowało, albo zabiorę do nieba, gdy będzie tak miało być, bo taka jestem potem w związku. Przejście z relacji znajomości na jakiś wyższy level zawsze trwało. Mi się nigdzie nie spieszyło. Z nikim. Zmiana następowała, gdy już w to wchodziłam. Wówczas facet poznawałam moje oblicze "dla mojego faceta". To normalne. Tak kiedyś się robiło. Moje pokolenie miało to w małym palcu. Jestem z pokolenia kobiet z takimi zasadami. Inne poczucie wartości i samooceny. I pewna kolejność zdarzeń. Czasami przyspieszona, czasami nie. To w sumie oczywiste. Przecież nie będę do każdego znajomego taka, jak do mojego partnera. Nienormalne też byłoby, gdyby oni tacy byli wobec mnie. Żarty żartami, ale nie o to tu chodzi.

Mężczyna nie jest potrzebny z powodu jakiejś bezradności czy samej potrzeby bycia w związku, bo lepiej być singlem, niż z kimś męczącym. Jeśli wchodzimy w związek, to dlatego, że poza oczywistą miłością i chemią, dostajemy szacunek i pewną, dawną rycerskość. Związek to też wielka przyjaźń. Bezgraniczna. Takie starodawne wychowanie. Mechanizm ten działał zawsze i od zawsze.

Wiele razy słyszałam od byłych "nigdy potem nie spotkałem takiej kobiety jak ty" (z czasem jednak znajdowali na szczęście odpowiednie dla siebie, bo to nie jest tak niemożliwe, jak się wydaje), ale i czasami docierały do mnie wyznania "co ty sobie wyobrażasz, że kim ty jesteś? Takich jak ty, albo i lepszych, mogę mieć na pęczki" - jedynie od facetów, z którymi nie chciałam mieć bliżej do czynienia. Kultura osobista stoi dla mnie na dość wysokiej pozycji. Ich reakcja tylko potwierdzała przeczucie. Zawsze mnie to dziwiło. Odpowiedź była wręcz kliszowa z uśmiechem "A takiej mnie nie możesz. Co za ironia. Ależ kochanie, to ty do mnie podszedłeś, to ty czegoś chcesz, ja cię nie trzymam. Odejdź. Masz moje błogosławieństwo. Bądź szczęśliwy z innymi" Po jakiś czasie odchodzili, jeszcze kilka razy chcieli to jednak usłyszeć. Nie, nie chodziło o łatwość, o czucie się lepszą od kogokolwiek, czy za dobrą dla kogokolwiek. To akurat żałosne argumenty.

Chodziło o to, jak facet traktuje kobietę od samego początku. Na początku zwraca się dziką uwagę na każdy szczegół. On może być cholerykiem, może być czym chce, może być jaki chce, ale przy tym ma szanować kobietę. Jej zachowania mogą go złościć, ale nie ma prawa przekroczyć granicy szacunku do niej, nawet jeśli ma ją za kompletną wariatkę.

Uderzył pięścią w stół, ze złości? Ja  - Buch papierosa z nogą założoną na nogę. Wstaję i wychodzę z pokoju. Niech będzie ekspresyjny. I tak zadzwoni po paru dniach, gdy mnie wkurzył i zapyta jakby nigdy nic "kolacja dziś? odbiorę cię o 20tej". (Manerw stały u facetów - jak wkurzą, to znikają na kilka dni. Zaobserwowane setki razy i na wielu przypadkach).

Jeszcze jedna rzecz, która dla mnie była oczywista: jak mężczyzna się ze mną umawiał (nie koleżeńsko i nie służbowo), to zawsze, ale to zawsze, przyjeżdżał (przychodził) po mnie. Nie było takiej opcji, żebyśmy umawiali się już na miejscu. Bo nie. To jedna z głównych zasad starej szkoły.  Bardzo ją lubiłam, bo nawet jeśli z jakiś powodów musiał się spóźnić, albo odwołać, to nie siedziałabym jak kołek sama gdzieś tam czekając na niego. Z resztą, to miało swój urok (poza względem praktycznym). I było strasznie romantyczne.

Jeśli ktoś ma problem z moim charakterem, to po co traci czas? Nie zmienię się dla jakiegoś dopiero co poznanego faceta, po to, żeby mu cokolwiek udowodnić. To on ma mi udowodnić, że jest wart mojego zainteresowania. To dość oczywiste.  Ja nie mam nic do stracenia, jeśli mam się godzić na coś, na co nie mam ochoty i to jeszcze z kimś, kto ledwo mnie poznając pozwala sobie na ustawianie mnie. Who are you people? Odejdzie? Dobrze. Im szybciej, tym lepiej. Zostanie? Dobrze. Niech się uczy szacunku, który też dostaje. Ja odejdę? No tak. Ile można.

Facet musi być dżentelmenem. Jeśli mam go szczególnie szanować, muszę wiedzieć, że mogę. Może chodzić w dresie, może robić co chce, ale w stosunku do mnie, ma być dżentelmenem. Nawet jeśli przekraczając granice dostanie w twarz (to się też zdarza), to z uśmiechem potrze policzek i powie - zadzwonię jutro. Nie rzucając słowa więcej.  To oczywiste. On doskonale wie, co będzie dalej. I wie, że warto.

Jest nie inaczej, niż mówi stare powiedzienie: dama w salonie, kucharka w kuchni, dziwka w sypialni.
Owszem, można nie być, można i wiele kobiet, nie jest. Bycie damą zobowiązuje do narzucania oczekiwania bycia wymagającą w stusunku do siebie. Zanim się przejdzie do dziwki, to chce się mieć pewność, że facet rozumie dwie pozostałe kwestie. A szczególnie pierwszą.

Dziś nazywa się takie kobiety zołzami. Powszechnie. W innych warunkach to po prostu damy. Nawet jeśli pozwalają sobie na odstępstwa, jeśli tolerują męskie wybryki, same chętnie popełniają wyjątki, to tylko po to, żeby potwierdzić reguję. Nie chodzi o sztywną etykietę (chociaż też, w odpowiednich warunkach, oczywiście), chodzi o wymaganie szacunku do siebie. To się nie zmienia od setek lat. Od zawsze, te najbardziej wymagające kobiety budziły po prostu szacunek. Nie była to i nie jest kwestia równouprawnienia, a samoświadomości. Równouprawnienie robi kobietom często krzywdę.

Trzymam kciuki za moją 20tkę. Nie wiem, czy ten chłopak, z którym jest teraz jest tym, z którym będzie za miesiąc, rok, 20 lat, ale wiem, że ma ją szanować dłużej, niż kochać. 

Faceci wbrew pozorom chcą kobiet z poczuciem własnej wartości. Po prostu. Bez nadęcia. I oczywiste jest, że będą ją testować. Sprawdzać. W końcu jak inaczej, mają o niej wiedzieć. To się nazywa poznawanie się.
I jeszcze jeden drobiazg: różnica między troską a matkowaniem. Bezwględnie uważam, że od matkowania facetowi jest matka. Kobieta, partnerka, ma o niego dbać, troszczyć się, ale jak pielęgniarka (może byc w przebraniu ;-) Jeśli facet pozwala na matkowanie mu, jeśli kobieta tego chce, to ich sprawa. Dla mnie to niezdrowe, ale pomijając, to jest to też jedna z kwestii, które ludzie powinni wyjaśniać od razu, żeby nie było nieporozumień i zarzutów. Właściwie w każdej jednej kwestii, żeby nie rozstawać się jednak ze zdziwieniem po 8 latach, co też niedawno widziałam. Przykre, bo niepotrzebnie tak długo trwał (jak zwykle) rozpad związku. Następuje on przeważnie, gdy do ludzi dociera, jacy są i czy im wzajemnie to pasuje. Niektórym zajmuje to 2 dni, innym 3 miesiące, jeszcze innym 8 czy 20 lat. A można było od początku...
Borze, jaką ja jestem zołzą i jak mi z tym dobrze ;-)