Koło sukcesu

Studia się kończy po to, żeby mieć papier - mówi modne powiedzenie. Mówi sporo studentów. Straszne, prawda?

No to młodzi wychodzą z uczelni z papierem. Sama znam takich dziesiątki. Z całym szacunkiem, ale taka wiedza, którą się wynosi ze studiów, wiedza dla wiedzy, bez umiejętności praktycznego zastosowania, bo tego już studia nie uczą, to jest dobre, na hobby. Nie rozumiem tego zjawiska. Ono było już za moich czasów. 90% studentów, to byli ludzie, którzy chcieli mieć papier. Nie rozmawiało się między zajęciami o tym, czego się dowiedzieliśmy, nie było nigdy dyskusji na temat zastosowania tego, czego mamy się uczyć na egzaminy. Pytania nurtujące studenta, to "jakie będą pytania na egzaminie?". Co wykuć, żeby zaliczyć? Narzekanie na konieczność odsiedzenia tych czy innych zajęć albo ćwiczeń. Zero zainteresowania. 

A co się dzieje, gdy taki papierowy młody człowiek trafia na rynek pracy? Szok. Jeśli nie ukończył naprawdę mocnej uczelni, naprawdę nie wyniósł z niej wiedzy, którą może od pierwszego praktycznie dnia wdrożyć, to zderza się z rzeczywistością. To jak z prawem jazdy - teoria a praktyka a jeszcze doświadczenie, to różne sprawy. A jeździć, a jeździć naprawdę dobrze, to kolejna sprawa.



Czego brakuje młodym gniewnym? Samokrytyki i określenia celów w życiu. Jakichkolwiek. Dla mnie celem samym w sobie jest równowaga w życiu. W każdej dziedzinie. I do niej każdego dnia dochodzę zamykając powieki przed snem. 
Brak celów, brak własnych założeń i jakiejkolwiek idei. To pokutuje. Jak słyszę - nie wiem co chcę robić w życiu, chcę zarabiać kasę - to wiem jedno: inni zdecydują za ciebie, co będziesz robić i za ile. W tym układzie nie będzie to raczej nic oszałamiającego, dopóki nie zmienisz podejścia. 

Nie ma czegoś takiego. Nie ma czegoś takiego, jeśli się samemu nie poświęci czasu na wyszlifowanie jakiegoś "fachu". Nieważne jakiego. Naprawdę to drugoplanowe. Na sukces składa się kilka czynników. 

Czemu tak mało ludzi osiąga sukcesy w jakiekolwiek dziedzinie życia? Bo to taki kraj. Ja sama uważam, że mimo tego co osiągnęłam nie jestem jeszcze nawet w połowie drogi. Może w 1/4. I nie mam o to do nikogo pretensji. Tak wybrałam, że bez pretensji do kogokolwiek najpierw się dowiem. Na dziś jest mi cudownie. Dochodziłam do tego miejsca, doszłam. Odpoczywam.

Za każdym razem, z każdą nową pracą (poszukiwanie tej idealnej na dziś trochę mi zajęło), z każdym nowym hobby uczyłam się czegoś nowego. Uczyłam się siebie, uczyłam się, które cechy muszę poprawiać, popracować nad sobą, jak budować relacje w biznesie i życiu, uczyłam się ludzi. Jednym przychodzi to wcześniej, innym później a jeszcze inni mają i będą mieć to gdzieś.
Płacą ci tyle, ile jesteś wart. Na ile pozwolisz wycenić się światu. Nie mniej i nie więcej. Umiesz negocjować, umiesz sprzedać siebie i swoje umiejętności, umiesz kupić umiejętności innych, to działaj. Życie zbudowane na nieuczciwych praktykach, na pozorach, szybko zmienia się w to, czym jest - pył. Fatamorganę trafia. Mało to każdy z nas widział spektakularnych sukcesów, zakończonych fiaskiem? Nie. To wina właśnie takiego podejścia, że można zbudować coś wartościowego bez podstaw. Bez zasad i wiedzy. Bez zdrowych relacji. Bez fair play. Bycie twardym, bycie skutecznym, nie oznacza bycia oszustem. 

Czasami mnie to zastanawia, że ludziom udaje się zdobyć menadżerskie stanowiska, na których zarządzają innymi, kompletnie bez umiejętności interpersonalnych. No ale tego nie uczą studia. Rynek zapełnia się poganiaczami bydła, zamiast specjalistami z charyzmą. Wg starej szkoły menadżer powinien być też mentorem dla podwładnych. Co się jednak dzieje, gdy menadżerem zostaje ktoś, kto sam nie ma pojęcia o tym, czym ci ludzie się zajmują i jak nimi zarządzać? Jak ma pomagać rozwiązywać problemy, skoro nie ma do tego odpowiedniej wiedzy i doświadczenia? Jak ma motywować ludzi, skoro sam patrzy tylko żeby nie stracić stołka i wpływu na konto? Skoro awans dla wielu oznacza złapanie Pana Boga za nogi i poczucie rządzenia światem bez względu na konsekwencje? Czemu tacy ludzie w razie problemów zostają sami? To są skutki bezrefleksyjności i źle rozumianej pychy. Tuszowanie niewiedzy, brak podstaw znajomości nowoczesnego HRu, brak rozumienia budowania struktury w firmie i doceniania każdego jednego pracownika. Brak umiejętności rozmawiania z nim. Jedynie umiejętność wydawania poleceń i egzekwowania kar, rzadziej nagród. Czasami widuję takie osoby. Przykra sprawa. Ten manager na wizytówce staje się kpiną z człowieka.

Dlaczego? Czyja to wina? Wszystkich i nikogo. Wini się kapitalizm, dążenie do wyniku, cyfry, ale to nie tak działa. Te cyfry mogą  i mają być osiągane (W końcu po to jest firma), a przy tym można szanować ludzi. Na każdym szczeblu. W nowoczesnych i rozwiniętych organizacjach człowiek, kapitał ludzki, ma powoli zupełnie inne znaczenie. Jedna z moich koleżanek niedawno kończyła zarządzanie zasobami (jest jednym z najlepszych HRowców jakich znam, bo doskonale wdraża w firmie właśnie te nowoczesne metody, które wchodzą do kanonu zarządzania) i właśnie okazuje się, że to w działach HR zachodzą te zmiany. To stąd płyną impulsy do zarządów. A stamtąd w dół. I całe szczęście. Mało jeszcze jest takich firm. Ale to się zmienia. Świat się zmienia. To widać coraz częściej (ale skąd mają o tym wiedzieć polscy studenci uczący się wg przestarzałych wzorców?). Wielki kryzys, który ciągle odbija się czkawką spadków, uczy zmian. Wymusza je. Wymusza jakąś refleksję. Wymusza zmianę filozofii. Wymusza pewne zatrzymanie i przemyślenie sprawy. Jak to się skończy, jakimi zmianami? Zobaczymy za kilka lat. Bez zmian się jednak nie obejdzie. I to jest dobre.
Takie podejście, jak ludzi wybierających slow, staje się na świecie coraz popularniejsze. Śledzę sobie ten wątek - siłą rzeczy i rzetelności - i widzę, że coraz więcej osób szuka równowagi w życiu. Dokładnie równowagi pomiędzy wszystkimi dziedzinami. 
Porzucają przestarzały model koncentracji na jednej dziedzinie.

Osiągnięcie sukcesu, wartościowego sukcesu, osobistego sukcesu, droga do niego bywa różna. Oznacza on też czasami coś innego dla różnych ludzi, ale idea zdaje się być możliwa do rozrysowania w coś na kształt:



Przestaje imponować pracoholizm, przestaje interesować wyłącznie zajmowanie się jedną dziedziną życia. Wszystko zdaje się zmierzać do tego, że człowiek, jako jednostka, chce mieć równowagę pomiędzy wszystkim. Nie wybierać, ale mieć możliwość realizowania się, spełniania we wszystkich dziedzinach. Nie jednej kosztem drugiej, czy trzeciej. Podstawą szczęścia jest równowaga.  I czas na pracę i na teatr i na film i na fb i na książkę i na seks, i na wizytę u cioci i na podróż i na dobre jedzenie i na spotkanie z przyjaciółmi i  na rozmowy albo taniec do późnej nocy, albo zabawę czy naukę, tudzież czytanie bajek dzieciom, czytanie publikacji związanych z pracą, albo innymi zainteresowaniami. Wszystko  co jest potrzebne do równowagi. Warunkiem jest wypełnienie każdego pola. Wartości pól, ich ilość, każdy uczciwie rysuje i wypełnia sobie sam. 

Oczywiście, że nie każdy ma takie same potrzeby w takich samych proporcjach. Niektóre będą znikome tu inne większe gdzie indziej. Tak jak wszyscy jesteśmy różni. Ważne będzie, żeby mieć wszystko, co nam do szczęścia potrzebne. Do szczęścia, jako stanu. Nadawanie działaniom sensu, gdzieś tam odgórnie, jest ważne. Trzeba się o tym przekonać? Nie jest to oczywiste?

Na szczęście, jest naprawdę mnóstwo osób, dla których jest to od dawna oczywiste. Spotykam takie osoby  co rusz. Kończą politechniki, kończą kierunki humanistyczne, kończą medycynę, prawo i wiedzą, po co to robią. W międzyczasie uczą się języków, żeby otworzyć sobie drzwi do rozszerzania wiedzy i kontaktów na świecie. I żyją. Ich spełnienie i spokój (to widać, to bardzo mocno widać), nieważne czy w Polsce czy na świecie, są najlepszym dowodem na to, że to po prostu tak działa. I co ważne: są naprawdę świetnymi ludźmi. 
Ci niskich lotów do samych siebie, pełzają we własnej nienawiści do otoczenia. I siebie. I co? Nic. Nigdy nie jest za późno, żeby to zmienić. 

Na pewno, nie będzie to podchodzenie do 4-5 lat życia, jako zdobycia papieru, czy pójścia do pracy, dla stołka, czy założenia działalności, żeby wyciągnąć środki z UE (z czym też się spotkałam, poważnie). Już samo takie podejście budzić musi zniechęcenie i frustrację, które tylko  wybuchają, gdy się okazuje, jak bezsensowne to było. To ich wybór. Naprawdę nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić w życiu i nadać podejmowanym działaniom cień sensu. I to akurat najszybciej jak się da. Szkoda czasu. 

Szkic tej notki napisałam 3 dni temu. Dziś trafiłam na wyjątkowo, jak na internet, dobry tekst i świetną pod nim dyskusję, na natemat. Polecam.




Komentarze

  1. Piekne.
    Ostatnio wlasnie dyskutowalem nad motywacja zdobywania wiedzy. Ktos wysunal teorie, ze uczymy sie przez wspolzawodnictwo, zeby wiedziec wiecej niz koledzy w klasie, w grupie, na roku.
    Ja zawsze sie uczylem, zeby wiedziec wiecej. Tak w ogole, zeby wiedziec, umiec, rozumiec, a nie zeby umiec wiecej niz Iksinski.
    Kiedys mialem fajna prace, lubilem to, co robilem, lubili mnie. I zmienil sie szef. Po pewnym czasie doszedlem do wniosku, ze to nie jest naturalne, zeby pracownik byl madrzejszy od szefa. Czare goryczy przelal koszt mniej wiecej 100 PLN. W 15 minut zdobylem numer telefonu, po 45 minutach rozmowy mialem nowa prace. Stracili kogos, kto robil za 3-4 osoby w firmie, za 100 zl. Bo szef chcial byc bielszy od papieza, wykazac sie, jak to on oszczedza. Jak oznajmilem, ze odchodze, to dopiero wtedy bylo pytanie, ile bym chcial zarabiac, zebym zostal. Jak wymienilem, ile bede zarabial w nowej firmie to stwierdzil, ze nie stac go na mnie.
    To mile uczucie :) Moze i plytkie, ale mile :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamy bardzo podobną motywację.
      Element rywalizacji mnie rozbawił. Czego to ludzie nie wymyślą ;-)

      Usuń
  2. Kasia&Ludwik22 stycznia 2013 15:23

    święta racja, ludzie studiują dla studiowania, bo rodzice kazali, bo bez papierka to nigdzie sie pracy nie znajdzie, bo zycie studenckie jest taaaakie fajne. Super życze powodzenia.
    Poszłam na studia z konkretną wizją tego co chcę robić, oj jak się rozczarowałam, oj jak przeżyłam pierwsze twarde zetknięcie z rzeczywistością, oj jakie miałam pretensje że muszę wkuwać milion rzeczy które nie będą mi potrzebne, a jaka byłam i jestem przerażona kiedy mam mieć zajęcia z ludźmi z którymi pracować nie będę bo mnie to przerasta, bo nie chcę tego robić.
    Potem spotkałam mojego guru który otwarcie powiedział mi: "W sporcie do się pani nie dorobi". Kolejne twarde lądowanie.
    I to pewnie jest strasznie dziecinne podejście z mojej strony, jeśli powiem że to akurat się dla mnie nie liczy. Bo jeśli za 10 lat będę tam gdzie teraz myślę że chcę być, to będę cholernie szczęśliwym człowiekiem i żadne pieniądze nie będą w stanie tego przebić.
    Tylko żeby do tego dojść muszę zaliczyć masę, przedmiotów które mnie nie interesują, bo mnie interesuje jedna specjalizacja którą na studiach robią po łepkach, a potem w tv marudzą że nie ma specjalistów.
    Jeśli sama się nie dokształcę, to po studiach będę na prawdę nieszczęśliwą i zrzędliwą pracownicą szpitala - a tego nie chcę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, po drodze zawsze są ludzie, którzy wiedzą lepiej, gdzie jest twoje miejsce i z reguły jest ono nie tam, gdzie ty siebie widzisz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tylko ten drobny szczegol - zwykle ci ludzie nie sa tam, gdzie ty chcesz byc

      Usuń
    2. Dobrze, to jeszcze raz i po polsku poproszę :-)

      Usuń
    3. jesli to do mnie prosba: Po drodze sa zawsze ludzie, ktorzy wiedza lepiej, gdzie jest twoje miejsce i z reguly jest ono nie tam, gdzie ty siebie widzisz. I ci wlasnie ludzie, (ktorzy wiedza lepiej, gdzie jest twoje miejsce) nie sa tam, gdzie ty siebie widzisz (ewentualnie: gdzie ty chcesz byc) Tylko nizej.
      Bardziej?
      jesli nie do mnie - to mozna ten koment skasowac bez litosci.

      Usuń

Prześlij komentarz

Zapraszam do korzystania ze skrótu: https://www.myslowlife.pl