25.11.13

Ile masz lat?


"Ile masz lat?" Pytanie, które staje się zupełnie nieistotne.
I tak wygląd świadczy o tym, jak jesteśmy odbierani.
Żyjemy w przedziwnych czasach. Właściwie zawsze tak było (od kiedy pamiętam), że młodziutkie dziewczyny się postarzały, a z wiekiem jest tylko gorzej. Potem następuje drastyczny zwrot i odwracanie procesu. Tylko po co?
Zawsze pojawiają się skrajności, typu walka z upływem czasu, po to, żeby zaimponować. Innym. Oczywiście tłumacząc, że to dla siebie. Mhm. Sure.

Głupio mi się robi, gdy dowiaduję się, że dziewczyna, którą oceniałam na ca 30 lat, ba, na moją rówieśnicę, jest 20-to albo 30-to latką. No i co ja mam sobie myśleć? Zastanawia mnie tylko, ale o co chodzi? Czemu tak się dzieje? Dlaczego? Why? Wie kommt das?

Ustalmy coś, co jest bezdyskusyjne: nasz wygląd jest efektem naszego stylu życia. Sylwetka, sprawność, to dieta i sport. Twarz? Emocje, jakimi żyjemy na co dzień. Koniec.
Jak patrzę na to z boku, zaciągając się epapierosem, to widzę jakąś abstrakcję. Szczytem był dla mnie przypadek, gdy 20letnia dziewczyna zrobiła sobie operację pośladów, żeby mieć je bardziej krągłe.

Oczywiście NIKT nie powiedział jej: idź na siłownię, zainwestuj lepiej w trenera osobistego i w kilka miesięcy będziesz miała zgrabne, wysportowane, apetyczne ciało. W zdrowy sposób. Dobry trener ustawia też dietę. I to jest sposób, który jak najbardziej popieram. Sportem można zdziałać cuda trwalsze niż chirurgią plastyczną.



Bycie młodym? Co to znaczy? Czy to kwestia cyfry? Wyglądu? W tym działania ubrań, ale głównie skalpela i zastrzyków? Serio?





Kiedyś myślałam, że z wiekiem może będę chciała jakiś botoks, bo nad ciałem postanowiłam pracować wyłącznie sportem. OK. Ciało się robi, jestem zadowolona, ale twarz żyje swoim życiem. I co się dzieje?
Powiem tak: Ponieważ przeszłam 15 lat z zapaleniem kości żuchwy, w tym ze dwie operacje, to nie mam sumienia dowalać sobie dodatkowego bólu. Serio. Nie mogę. Nie chcę sobie tego robić. I tak to przejściowe, bo z czasem się nie wygra (przypomina mi się film "Ze śmiercią jej do twarzy"). Pewnie, że ktoś życzliwy powie, że może powinnam, ale jakoś słabo widzę ocenę samej siebie przez ten prymat. To nie jest sensem mojego życia. Nie mogłabym dołować się wyglądem i walczyć ze sobą samą, przeciwko sobie, bo nie.  Jestem podobna do mamy i do ojca i cieszy mnie to. Jestem ich kodem genetycznym. Szanuję to.

Więcej. Nawet jeśli czasami mnie korci, to tak już mam, że pobyty w szpitalach nauczyły mnie głębokiej samoakceptacji. Jak pobędziesz (jako 20parolatka) na sali z kobietą, której wycięli pół policzka i podniebienie, z powodu raka, albo z młodą dziewczyną, maturzystką, której wypadek samochodowy pogruchotał szczękę i wieloma innymi, to po prostu dziękujesz Bogu, że przechodzisz tylko zapalenie kości.

Z wiekiem zamiast chcieć poprawiać twarz, kocham ją coraz bardziej. Dużo ze mną przeszła. Lubię swoje oczy (muszę następnym razem lepiej dobrać oprawki ;-), usta. Nos jest ok. Czoło też. W polikach robią się dołki, gdy się uśmiecham. Pewnie, że chomik jest dziwny, pewnie, że zmarszczki nie robią mi dnia, ale za to robią moją twarz. To moje życie. To jego obraz. Mam uciekać sama od siebie w botoks i poprawianie? Nie. Jednak nie. I mówię to przed 40tką, gdy powinnam planować pierwsze zabiegi. Ba, powinnam mieć je za sobą. Nie. Niestety. Nie czuję, żeby miało to poprawić moje poczucie szczęścia, a w takim razie po co miałabym cierpieć? Operacja to operacja. Bagatelizowanie tego wydaje mi się niepoważne, ale może się nie znam. Nieważne czy leczniczo czy estetycznie. Zabiegi w narkozie to nie przelewki. Serio. Wiem, o tym się nie mówi, bo to ta mało marketingowa strona chirurgii plastycznej. A z resztą, czym jest parę miesięcy w obliczu pięknych, nowych cycków czy wyssanego tłuszczu? ;-) Nie nie. Narkoza to naprawdę nie jest "pikuś". No ale nie w tym rzecz. Owszem, zdarzają się odchyły, które aż się proszą o korektę, ale to promil, bo utrudnia ludziom życie w społeczeństwie. Większość to po prostu smutny brak samoakceptacji.

Inna sprawa, która jest dla mnie równie ważna. jakby to ująć, żeby się nie czepiać: Nie wiem, czy tylko ja to widzę, ale kobiety po zabiegach na twarzy zaczynają być bardzo podobne do siebie. I to ma być współczesna samoakceptacja? Hm. No ale jak wszystkie będziemy miały takie same usta, policzki, powieki, to będziemy wyglądały jak manekiny z taśmy. To nie jest fajne. Ja osobiście np. tak samo bardzo lubię znaki szczególne urody męskiej. Krzywy nos, jakieś szramy, odstające uszy, łysinę (niezakrywaną!) itp itd. To robi męskość. Serio. Ci najbardziej męscy faceci wcale nie są "ładni". Najbardziej charyzmatyczne kobiety wcale nie są sztuczne. Żal się robi, gdy ulegają namowom i zmieniają rysy twarzy operacjami plastycznymi. Zmieniają to, z czym stawały się legendami. Szkoda.

Zaimponował mi trochę. Serio. Gdyby mój facet chciał, żebym się operowała, to byśmy się rozstali. Po prostu. Na szczęście jestem z takim, który mnie akceptuje z każdym rokiem bez zmian. I wzajemnie. Nie czuję przy nim upływu czasu.

Świat głupieje. I nie ma w tym niczego nowego, poza konsekwencjami. Poza brakiem samoakceptacji (patologicznym wręcz), dążeniem do absurdu, ustawianiem idiotycznych celów. Czy nie przesadzam? Nie. Odpalając czasami portale plotkarskie, magazyny dla kobiet, autentycznie się przestraszam. Kobiety, które pamiętam jako ciekawe, ba, piękne, ładne, ale przede wszystkim oryginale, charakterystyczne  wyglądają dziś, po iluś tam operacjach (do których się przyznają bądź nie) sztucznie. Wyścig chirurgii plastycznej. Dlaczego?

Niedawno pisałam o kwestii wieku.
Smutno mi się robi, gdy widzę pogoń za INNYM wyglądem. Tak silny brak samoakceptacji. Gotowość do bólu i sprawiania sobie cierpienia tylko po to, żeby zobaczyć coś innego w lustrze.
Czy potępiam? Nie. To jest po prostu potwornie smutne, że kobiety do tego stopnia zrezygnowały z siebie i z taką radością robią z siebie marketingowy produkt.
Najbardziej smutne co zdarza mi się słyszeć, to kobiety, które w jakimś momencie przestają lubić swoje zdjęcia. Przestają się fotografować, bo KIEDYS wyglądały lepiej. Czyli mając 40, 50 lat powinny wyglądać tak samo?
Tak, doskonale wiem, że z wiekiem spada atrakcyjność seksualna (bo wyłącznie o to chodzi). I co? I nic. Ciekawa kobieta nie równa się atrakcyjna seksualnie. To idiotyczna próźność, jeśli uważamy inaczej. Mamy pretensje do magazynów kobiecych o to, że uprzedmiotowiają kobiety, a takim podejściem robimy to same. Głupie.

Mam znajomą. Kobieta ok 60tki. Straciła pierś w wyniku raka. Żyje. Jest fantastyczną, zadbaną kobietą. Kobiecą, uroczą, kokieteryjną bez nachalności i po prostu fantastyczną. Ma partnera. Młodsi mężczyźni nie widzą w niej kobiety. I ok. To dla mnie zrozumiałe jak to, że ja widzę dzieciaki w sporo młodszych facetach (w jej przypadku będą to faceci koło 40tki, tak tak, to nadal dzieciaki tylko starsze). Powiem tak: bycie zadbaną powinno być ważne dla nas. Dla każdej z nas indywidualnie. Dajmy spokój z kompleksami, bo zapewniam, że wiele z nas z upływem czasu uważa, że KIEDYŚ wyglądało lepiej. To nie prawda.

To kiedyś trwa teraz.

Kiedyś jest dziś. Popatrz w lustro, bez względu na wiek i pomyśl o sobie za 20 lat. Dbaj o sobie. Uprawiaj sport, odżywaj się dobrze, dbaj o swoje samopoczucie i będzie dobrze. Nie walcz z naturą. I tak przegrasz. Lepiej inwestuj tę energię i środki w dbanie o siebie. Kobieta która kocha siebie ma specyficzną aurę. Ile znasz takich kobiet?

Albo teraz, albo wróć kiedyś do tej notki i napisz mi w komentarzu: jedną na pewno. Siebie.