30.11.13

Specjalna edycja: o zdjęciach i książkach

Lubię kreować podejście, które pozwala żyć łatwiej. Dziś będzie o zdjęciach, twoich zdjęciach i książkach, a raczej o opisach w książkach. Nie lubisz ich, prawda? Popatrz na to w ten sposób:





1.Autorze zdjęć. Tak po ludzku. Jeśli chcesz pokazać coś w internecie, to po prostu to oznacz. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że internet jest ogólnoświatowy, o czym zdaje się, zapominamy. Jeśli  komuś na świecie spodoba się to co robimy, a nie będzie rozpoznawalne, identyfikowalne, to jest duże prawdopodobieństwo, że zobaczysz swoje zdjęcie obrazujące cudzy tekst i nikt poza tobą nie będzie tego wiedział. Tak, pogódź się z tym. Jeśli nie jesteś podany jako autor, to na to pozwoliłeś. Jak? Albo poprzez brak oznaczenia zdjęcia, albo nie zniechęciłeś (możesz np. dodać brzydki opis z adresem albo nickiem i mieć spokój, bo tego nikt nie ruszy), albo nie dodałeś oznakowania delikatniejszego jednak rozpoznawalnego na kilometr. Zawsze możesz stworzyć kolaż (ja tworzę moje ukochane kolaże-pocztówki dodając nazwę bloga, czasami jakieś dodatkowe opisy, bo to ma służyć zobrazowaniu notki). Możesz  po prostu zablokuj możliwość pobierania zdjęć. Nie znam wszystkich metod, ale na pewno jest ich kilka. Zależy, co chcesz osiągnąć. Ale wiedz, czego chcesz.

Jeśli wrzucasz jakieś zdjęcie luzem, to zapewniam cię, że dla przypadkowego widza będzie ono zdjęciem luzem (nie mam na myśli fotoblogów, bo to inna bajka, ale zasada wg mnie jest podobna). To jest internet. This is Sparta. Nie jęcz, tylko się ładnie ustaw. Nie zapominaj, że to jest ogólnodostępne. Nie bądź aż takim ignorantem. Wiem, że to modne, ale słabe. 

Kiedyś powstał demotywator z moim zdjęciem mojego kota. Słowa o źródle. Ale ja też tego zdjęcia nie oznaczyłam. Podejrzewam, że gdybym to zrobiła, to komuś nie chciałoby się wycinać oznaczeń. Nie nie mam pretensji,  bo  rozumiem intencje (demot był dobry). Po prostu pamiętam i cię kiedyś znajdę i poproszę  o korektę (żartuję,.)

Ja się nie zgadzam z tym, że wrzucanie zdjęć, obrazków z sieci stanowi kradzież, bo ja tego nie zawłaszczam. To internet. Kradzieżą jest dla mnie wykorzystywanie zdjęć bez ustalenia tego z autorem, do celów stricte komercyjnych: wydruk w książce, gazecie, magazynie. W innych wypadkach to reklama dla autora. O ile taki jest rozpoznawalny.

Otwórz grafiki w google i zobacz pod jakimkolwiek hasłem, ile wyskoczy zdjęć i rysunków oraz grafik. Przy ilu z nich określisz autora? Czyja to wina? Na całym świecie wygląda to podobnie. 
Zauważ, jak często zdjęcia na portalach podpisane są "źródło: internet" albo po prostu jakaś baza zdjęć (płatna bądź nie) ale nie ma imiennie autora. Dupa nie źródło. OK. I tu mamy przykład wykorzystania nieoznakowanego zdjęcia. 

Powiem więcej i pomyśl nad tym: jeśli wrzucasz zdjęcie do sieci i piszesz, że to twoje, to skąd niby wiadomo, że tak jest? A może też je gdzieś znalazłeś na jakimś małym malezyjskim blogu? Nie? Ale to nie jest oczywiste w sieci. Niewiele zdjęć jest bardzo charakterystycznych, niewielu fotografów ma w tej chwili rozpoznawalną linię, żeby trafiając na ich zdjęcie było wiadomo, że to ich. To dżungla. Gdzie ty jesteś w tej dżungli 

Zawodowi fotograficy po prostu nie wrzucają swoich zdjęć bezpańsko. Współpraca z dużymi, którzy już te zdjęcia odkupują i powielają, to co innego. Potem to już dla nich reklama. 
Podpisuj je. Jeśli jednak zobaczysz gdzieś swoje zdjęcie, po prostu obrazujące coś w sieci (nie mówimy o zastosowaniach komercyjnych), to uśmiechnij się, ba, podziękuj za propagowanie Twojej twórczości. Ktoś to docenił. 

Większość zdjęć, grafik, infografik krąży w sieci bez pytania o zgodę. Liczy się dobre oznaczenie. Dodawanie treści, że wszystkie zdjęcia są twojego autorstwa i nie zgadzasz się na powielanie.... bulshit. Szczególnie, że pewnie sam też wykorzystujesz dowolnie jakieś obrazy z sieci. Nie jest tak? No właśnie. Nie każdy tekst obrazujemy własnymi zdjęciami czy rysunkami. Nie tylko my. Mało kto jest 100% oparty na sobie. To fakt a nie zarzut.

Złap perspektywę, że może na twoje zdjęcie trafić ktoś z Bangladeszu. On nawet nie będzie wiedział, co tam masz napisane. Dobrą praktyką jest podawanie źródła. Niestety, powielanie opisu "źródło: internet" mam gdzieś. Jeśli zobaczysz u mnie swoje zdjęcie, albo rysunek to się uciesz i pochwal, że to twoje. Szanse są małe, że tak będzie, ale jednak. No i oznaczaj, co twoje. Po prostu. Niech cię samo opisuje ;-) 
Ważniejsze są mądre i sprytne rozwiązania, bo prawo tu jest bezradne. Nie ogarniesz całego internetu w tym akurat względzie.  

Zauważ, że o wiele trudniejsze jest oznaczenie myśli, słowa pisanego. Co można zrobić? Po prostu heroicznie założyć, że będzie się rozpoznawalnym poprzez swoje treści, swój sposób myślenia i styl pisania. To jakość, którą kreuje się samodzielnie. Ryzyko? Jasne. Ale szansa jeszcze większa. Dać sobie na to czas. Robić swoje. Słowem, zdjęciem, kreską, linią, materiałem. Wypracowanie własnego stylu. Efekt? Jak wrzucam obraz Van Gogha to nie muszę go opisywać. To oczywiste, że to on. Cel: bycie van Goghiem w tym co się robi. Proste.

Niemniej,  ja wolałabym propagować czyjąś twórczość, ale po pierwsze, jest to zwyczajnie niemożliwe, gdy autor się nie podpisał na swoim zdjęciu, rysunku (popatrz na rysowników. Każdy szanujący się rysownik sygnuje swój rysunek. Też to rób) a po drugie bez obawy, że zarzuci mi się kradzież, bo to absurd. To się może kiedyś zmieni. Praktyka i zwyczaje w sieci ciągle ewoluują. Praktyki odnośnie fotografii też ciągle się zmieniają i docierają. Ale jako autor, który wrzuca coś na bloga, zawsze można zdecydować, jakie rozwiązania zastosować i pamiętać, z czym to się może wiązać. Jeśli ktoś jednak pobiera zdjęcie do celów komercyjnych, to oczywiście pozostają tradycyjne metody dochodzenia swoich praw. Nie zapominajmy, że to jednak mniej niż promil sytuacji. Z reguły po drugiej stronie też są ludzie z głową na karku. 

Zmienić podejście. Po prostu. Od razu robi się lepiej. 

2. Długie opisy w książkach. Nie wiesz, po co? Już ci objaśniam. Wyobraź sobie, że chcesz coś pokazać i jedynym narzędziem jakie masz jest SŁOWO. Naprawdę jedynym. I wyobraź sobie czasy, gdy ludzie nie podróżowali, gdy znali dalszy świat jedynie i wyłącznie z książek. Pisarze z poczuciem jakiejś misji chcieli zobrazować wszystko, co wpływało na odbiór książki, na budowanie scenerii, klimatu. Złościmy się, że współczesne książki są płytkie. To nie tak. Po prostu teraz przeciętny czytelnik książki ma pełną bibliotekę skojarzeń. W głowie. Mamy miliony obrazów, które wywołujemy jednym słowem. Nie potrzebujemy opisów. Nie potrzebujemy już tylu słów, żeby coś zobrazować. 
Czy to dobrze? Czy to źle? Nie w tym rzecz. Jednak jeśli trafisz na człowieka, który nie ma dostępu do technologii, daj mu książkę pełną opisów. On to doceni. Daj książkę komuś, kto nie był nigdzie poza swoim miejscem zamieszkania. Daj książkę osobie chorej. Pamiętam, że gdy leżałam w szpitalu nie chciałam kolorowych magazynów. One budzą nostalgię i poczucie bycia gorszym, które akurat tam nie jest nam potrzebne. W gorszy dzień idealnym towarzyszem będzie książka. Nawet z opisami. Książka nas nie bombarduje jak portal plotkarski, ona nas otula, wciąga w świat, który wykreował autor. Dobry autor zabierze nas wszędzie. Opisami. Tymi nudnymi opisami. Nudnymi, gdy mamy swój świat już wykreowany i cudze opisy nie są nam JUŻ potrzebne. Bez opisów nie moglibyśmy osadzić postaci w świecie. Dzięki opisom wiemy, jak czasy się zmieniają, jak zmienia się otoczenie, podejście, postrzeganie świata. To książki nam o tym mówią najwięcej. Książki, powieści są opisem świata słowami, tekstem. No śpiewać nie będą.

Dlatego książka papierowa nie zniknie nigdy. Będzie dobrem luksusowym, które docenią koneserzy. 
Zastanów się: Jesteś koneserem? Jakie opisy lubisz?

Miłego weekendu.