27.11.13

Łóżko + popielniczka

Wyznanie roku. Mam internetowego syna. Był pierwszym synem blogosfery. Teraz każda szanująca się blogerka ma wirtualne dziecko, bądź jest matką chrzestną jakiegoś blogera. Przede mną nie było adopcji, bo blogosfera sama była w powijakach. 

Hm. Mój synek, to fajny chłopak był [kurcze, jego komentarze były moimi ulubionymi na puslującym wówczas życiem mim'ie. On jest tym typem, o którym mówi się "dojrzały na swój wiek"], właściwie to już kawał faceta. Nazwijmy go Arczi ;-)

Anyway, Arczi dorasta i mając 20 kilka lat (25?) zamieszkał sam. I strasznie lubię jego statusy na fb, gdyż się strasznie jara tym samodzielnym mieszkaniem. Kurcze. Aż sobie przypominam, że to tak było. Faktycznie. 

(...) pętla cofania w czasie (...)







Gdy zaczęłam mieszkać sama miałam 21 lat. Dostałam gołe ściany i kuchnię oraz łazienkę, które mój dziadek własnymi rękoma urządził. Meble miałam z odzysku od rodziców. Tak samo pralkę i lodówkę. Boscha. Kurcze, ta pralka wytrzymała prawie 20 lat. Mhm. Serio. Kiedyś robili taki sprzęt. Lodówka trochę krócej. Też Boscha. I tak Bosch stał się moją rodzinną marką, bo po prostu pokazał mi się od najlepszej strony.
Meble były meblami, które rodzice kupowali jeszcze z okazji ślubu, czyli zachowałam fragmenty kredensu prawie w moim wieku. Dziś wraca moda na gładkie, lśniące polerowane fronty. No kto by pomyślał :-) 
Łóżko to była kanapa rozkładana. Taka gościnna. 
Na podłodze sztukowane linoleum panelopodobne. Wszędzie. I dywany, które zakrywały sztukowanie tego linoleum. Gołe, białe ściany. 

I co? I byłam przeszczęśliwa. Naprawdę radość Arcziego przypomina mi własne ówczesne szczęście. Radość z każdej jednej rzeczy. Nie zapomnę ciotki, która do mnie przyszła i prychnęła z pogardą - Nie masz nawet kafelków w łazience?  - Wariatka. Miałam 21 lat i właśnie zaczynałam pierwszą pracę za żadne pieniądze. Nie miałam kafelków. I miałam to wszystko gdzieś.

Byłam w cholerę szczęśliwa tym, co miałam. Bardzo długo trzymała mnie radość gołego mieszkania. Samodzielności. Wolności. Swobody. I tak długo jeździłam do babci na obiady, bo kuchenka służyła do niczego. Z resztą nie miałam czasu na pierdoły, bo pomiędzy pracą i studiami czas wypełniało mi żywe życie towarzyskie, imprezy, knajpy i wszystko to, co się robi, gdy się ma 20 parę i lat i się żyje. W domu jadłam pizzę czy inne mrożonki. I to było fajne. Najlepsze imprezy wtedy były. 
Naczynia stały wszędzie. Zlew wychodził z siebie, żyjąc własnym życiem. Lodówka była wiecznie pusta. Rzeczy były wszędzie. Kubki z kawą i po kawie. Pety w kubkach (no wiem). Wyschnięty kwiatek. Ususzone bukiety, których nie miał kto wyrzucić. Masakra. Cudnie było.
Pomijam to, że chorowałam, bo jakoś wypieram to z życiorysu, że wiele czasu spędzałam też w szpitalach i po prostu na prochach przeciwbólowych. Nieważne. Czekałam do wyjścia i do powrotu do swojego życia.
Nie zamykałam życia na chorowaniu i problemach. No który 20paro latek to robi? Nie wiem jak dziś, bo czas leci i młodzież jest bardziej nastawiona na posiadanie.  Za moich czasów serio posiadanie było jakby drugorzędne. 

Pamiętam jednak ciągle tamtą radość i beztroskę. I niezapłacone wiecznie rachunki :-)

MERITUM: Pusty pokój, w którym stoi tylko łóżko. A przy nim popielniczka. I jakieś biurko. 
Łóżko i popielniczka były i tak najważniejsze. Nie, nie dbałam o porządek. Jakoś tak nie były to czasy na porządek i ład i poukładanie a był to najbardziej MINIMALISTYCZNY okres życia. Żyłam miłością. I dniem dzisiejszym. I pracą. Ale łóżko i popielniczka to był sens życia. Papieros "po" to najfajniejszy moment. Łóżko było od gadania całymi nocami i od seksu i od palenia papierosów i bicia się poduszkami i czułości i przytulania. I płakania. I wszystkiego. Kto nie przyszedł, to lądowaliśmy na łóżku :-)

(...) 

A były to fenomenalne czasy. 
Spontan długo smakował jak spontan. 
Seks był seksem. 
Młodość była młodością. 
Przyszłość nie istniała. 

(...) 

Dziś.
Nie palę, mam duże łóżko, urządzone (prawie zupełnie) mieszkanie. Porządek i poukładane (w porównaniu z tym co było? Niebo a ziemia a i tak szału nie ma, po prostu, jak pisałam wcześniej, mam mieszkanie zaplanowane i urządzone pod plan). 

BUT! 
Mimo wszystko, mimo tego wspomnienia,  które Arczi budzi, tej radości z nowego, mojego, własnego, kochanego, pustego, urządzonego tak a nie inaczej rzeczami z rodzinnej wystawki, to cieszę się, że jest to już za mną. Decyzje o remoncie nie były łatwe, ale rzeczy się niszczą, materiały parcieją, rdza się wdziera, łóżko się rozpadło. Sentyment nie wystarcza, żeby nic w życiu nie zmieniać. 

Czasami takie momenty zmian są trudne, ale też są konieczne. Wspomnienia mamy w głowie. Jeśli chcemy przywiązywać się do rzeczy, to muszą spełniać jeden warunek: muszą być ponadczasowe i niezniszczalne albo takie, żeby dało się i był sens je konserwować. W innym wypadku zmieniają się po prostu w śmieci, w graty. Jak te łóżko, przy którym stała popielniczka. Ale takie rzeczy zbiera się przecież na starość. Po co mi teraz już meble, które będą wiekowe? Na razie wystarczy mi IKEA + BOSCH + SONY + miliard książek, które właśnie chciałabym mieć ze sobą jako ten zalążek "do potomnych", bo one mówią o mnie więcej niż nawet ten blog.  

Wspomnienia. Zaczynanie życia na swoim. To smakuje tak cudownie pierwszy raz. To tylko raz może być tak nieznane. Tak nowe. Potem wszystkie zamiany są już bardziej przewidywalne. To nie ten rodzaj swobody. To już tylko po prostu większa powierzchnia. To już nie jest powiew młodości. 

Dlatego lubię czytać statusy Arcziego, który jara się jak dziki tym, że prasuje. No pięknie.

On kontempluje MIESZKANIE w zupełnie innym aspekcie. 
Dobrze. Niech kontempluje. Z przyjemnością popatrzę. Z jeszcze większą podesłałabym swoje pranie do prasowania ;-)

Ale cenię to w nim bardzo, że docenia te codzienne sprawy. Ich nowość. To, co z czasem zamienia się w konieczność ogarniania. To, co ma prawo wpaść do szufladki = rutyna. 

Fajnie. Niech się cieszy. 
Jako palacz cygar ma teraz swoje królestwo, w którym jest panem swojego świata. Dobry początek. Fajny start.
Jestem z niego bardzo dumna, że szybko do tej samodzielności dążył i skorzystał z okazji.



To wszystko jest cudownym wspomnieniem i Bogu dziękuję, że te czasy są już za mną. Nie chodzi o wiek. Chodzi o etapy w życiu. Po prostu wszystko smakuje jakoś, gdy się dzieje. Ważna jest kolejność. 
Dziś takie warunki jak wtedy odbieram jak karę. Jestem wygodna. Lubię pewien komfort. Nie zmieniło się wszystko. To nie tak. Zmieniło się na tyle, na ile powinno. Dla mnie. 
Rzucenie palenia zaczęło się tak naprawdę od wyprowadzenia fajek z sypialni. Gdy się budzisz i masz szaro w pokoju, gdy śmierdzi fajkami wszystko, to w którymś momencie masz dość. I wyrzucasz papierosy stopniowo z życia. 
To pierwszy etap dojrzewania: Nie chcesz sobie robić krzywdy. 
Nie chodzi o szkodliwość fajek, bo to oczywiste (sorry, ale jeśli od prawie roku nie kaszlę jak gruźlik, nie boli mnie wiecznie gardło, nie chrypię jak po przepicu, to chyba jednak coś jest na rzeczy).
Potem patrzysz za wygodą i komfortem.

Nie, nie chodzi o ustatkowanie. Chodzi o to, żeby spędzać życie w fajny sposób. I umieć być totalnie niepoprawnym, ale być sobą i dochodzić do swoich upodobań na swój sposób.

Ale żeby to doceniać, czuć różnicę fajnie, zajebiście wręcz jest zacząć od łóżka i popielniczki obok. 

I nie przestanę nigdy być wdzięczna dziadkom, że dali mi to mieszkanie. Bez tego pewnie nie miałabym takich wspomnień. A na pewno nie wróciłabym do Polski. 

Nie. Wszystko jest na swoim miejscu. Mimo wiecznie pojawiających się trudności (Helou, żyjemy w Polsce, remember? ;-) to i tak jest tak, jak chciałabym żeby było. 

Kocham kasę, ale kasa to nie wszystko. 
Wspomnienia są bezcenne.

Łóżko i papierosy. 
Dziś bym oszalała, gdybym poczuła papierosa w sypialni. 
Znak czasów i etapu :-)

Minimalizm dojrzewa razem z nami. Jak slow life. Jak życie. Z czasem prostota nabiera szlachetności.
I tak powinno być. To powinno płynąć i się zmieniać. Mało kto jest wiecznie młody jak np. Wojewódzki (i mój kuzyn, który jest w wieku w/w Wojewódzkiego i ma podobny styl życia, tyle że nie jest celebrytą). Trzeba umieć iść do przodu. Zachowując młodość każdy na swój sposób.
Etap popielniczki w łóżku na pewno mam za sobą (oddycham z ulgą).
Nie każdy przechodzi wszystkie etapy. To jasne. Ja te swoje jednak cenię bardzo. W końcu innych nie znam. 

Głupota ewoluuje z nami. Też na szczęście, bo wolę śmiać się z jej nowych odmian u siebie niż wiecznie z tych samych u innych.

Arczi, enjoy chłopaku :-*;-)