13.11.13

Zen w elastyczności, czyli stretching



Moje odkrycie tego roku: stretching.

Stretching jest slow. Ma mój certyfikat.

Generalnie nie jest ze mną najgorzej, ale siedząca praca + chodzenie na obcasach (praktycznie całe dorosłe życie chodzę na obcasach, bo lubię) niestety spowodowały całkiem niezłe przykurcze. Warto pójść na stretching (z tego miejsca buziaki dla Magdy), bo pod okiem doświadczonego instruktora po pierwsze działamy skuteczniej, po drugie nie zrobimy sobie krzywdy. Dobra, relaksująca muzyka w tle, zgaszone świata i jedynie rozstawione klimatyczne lampki i świece i można odkrywać kolejne partie własnych mięśni i przypominać się im dogłębnie. 

Z każdymi zajęciami widzę różnice, mniej skurczy, mniej mrowienia. Nadal naciągane mięśnie i ścięgna bolą jak diabli, ale ja już osiągnęłam ten etap, że lubię ból wynikający z ćwiczeń (on jest właściwie dowodem prawidłowego wykonania ćwiczenia). Zakwasy nadają sens mojemu sportowemu życiu ;-)





Plusy:
- rozciągam coraz bardziej ścięgna pod kolanami (czyli mozolnie cofam skutki chodzenia na obcasach).
- coraz rzadziej bolą mnie plecy
- coraz rzadziej boli mnie kark
- mam coraz mocniejsze ręce i generalnie ciało (stretching też to poprawia, a jakże)
- przestałam mieć skurcze (to też pewnie dzięki magnezowi, który znowu łykam, ale wszystko razem daje efekty)
- odkrywam coraz to nowe mięśnie, coraz głębiej.
- łatwiej i chętniej rozciągam się też w pracy (co najciekawsze, przestaję siedzieć z nogą na nogę, bo przestaje mi być tak wygodnie. ciało szuka swojej pozycji)
- częściej operuję całymi ramionami, co przydaje mi się też na salsie, czy nawet na stepie, na który chodzę coraz częściej i chętniej

Powoli coraz więcej.
Wpadłam już w trans i czekam na kolejne zajęcia.

Dla kogo dobry jest stretching? Z tego co widzę, to dla każdego. Polecam.