7.11.13

Pochwała materializmu



Kocham kasę. Dlaczego o tym piszę? Bo nie godzę się na hipokryzję. Oczywiście nie jest dla mnie najważniejsza, bo gdyby tak było, to kierowałabym się w życiu innymi zasadami, podejmowała inne decyzje, wyszła dawno temu za mąż dla pieniędzy i kilka razy nie powiedziałabym "nie". To nie ten rodzaj miłości. 
Kocham kasę, bo pomaga mi spełniać marzenia, które od niej są poniekąd uzależnione. 




Na czym polega hipokryzja, która mnie irytuje? Pogarda dla pieniędzy połączona z narzekaniem na zbyt małe zarobki (i pretensje do świata), narzekanie na ceny, krytykowanie wysokich cen produktów i usług, które są więcej warte. Zaglądanie innym do kieszeni. Ocenianie, czy czyjaś praca jest tyle i tyle warta. Jazda bez trzymanki po cudzych zarobkach. Tak. To zawiść. 

Mierzi mnie obrabianie ludzi za ich plecami, w kontekście zarobków. Ja bywam złośliwa, ale gardzę perfidną hipokryzją. 
Kocham kasę, którą sobie zarabiam. Kocham ją zarabiać. Wiedzieć ile moja praca jest warta. Wynegocjować podwyżkę, negocjować premie, ustalać wynagrodzenie. Nie odmawiam pracodawcom prawa do oceny, ile warta jest praca, którą komuś oferują. Nie odmawiam sobie czy komukolwiek innemu na niegodzenie się na jakieś warunki. Życie. Prawo rynku. 

Nieraz zdarza mi się usłyszeć, bądź głośno powiedzieć, że jestem materialistką. Bo jestem. Nie zaprzeczam. Nie oczekuję, że będę dostawać coś za darmo (chociaż to nie jest oczywiście złe, ale nie oszukujmy się: nie ma nic za darmo. Nie zawsze ceną jest kasa. Proste. Dlatego czasami warto odmówić też czegoś "darmowego". Ale to temat na odrębną notkę). 

Kocham kasę, bo daje mi niezależność. Od 16 roku życia, gdy zaczęłam sobie dorabiać jako uczennica, mieszkając jeszcze w Niemczech. Rodzice z trójką dzieci muszą dokonywać wyborów. Ja nie chciałam ich obciążać i możliwie szybko na swoje rzeczy zaczęłam sobie sama zarabiać. I ta niezależność stała się moim nałogiem. Czasami jestem przesadnie dumna i nie pozwalam sobie czegoś "fundować". Jako młoda dziewczyna wiele razy dostawałam od mężczyzn prezenty, na co reagowałam od razu "czego oczekujesz?". Kolacje, wyjazdy. Wszystko pięknie. Nie ma nic za darmo, co zrozumiałam bardzo szybko, więc udawanie, że wyjazd czy kolacja nie ma się z niczym wiązać może być co najwyżej naiwnością, dlatego od razu byłam za stawianiem sprawy jasno "czego oczekujesz?". Spędzenie miło czasu na kolacji w drogiej restauracji oczywiście może być i bywa aktem hedonistycznej rozrywki, ale to warto wyjaśnić na początku. 
Ale to na marginesie. 

Samodzielność finansowa to moja obsesja. Ja uwielbiam mężczyzn, z mężem na czele, kocham być rozpieszczana, ale gdy wchodzą w rachubę finanse, to bardzo rzadko odstępuję od swoich reguł. Nie lubię niejasności. Kiedyś dostałam od pewnej bliskiej mi mentalnie kobiety kosztowną bransoletkę (która z resztą stanowiła spełnienie mojego marzenia o bransoletce marki Tiffany). Do dziś mam z tym problem, bo nie lubię drogich prezentów. No nie lubię. 

Uwielbiam natomiast kupować sobie sama i za swoje. 

Tak. Jestem materialistką. Wiem, ile jestem warta, ile warte są moje umiejętności, zaangażowanie, podejście. Wiem, na ile i w czym jestem wyjątkowa. Mam 37 lat i doskonale się znam.  
I wiem, czego bym chciała. I wiem, że do tego potrzebne są pieniądze (lot na Kubę i pobyt, kolej Transsyberyjska itd). I chciałabym to przeżyć na własnych zasadach. Dlatego też nie biorę udziału w konkursach (chociaż w tym też mam szczęście i niejednokrotnie coś wygrałam). Chcę spełniać swoje marzenia po swojemu. I za swoje. 

Kto mnie tego nauczył? Mężczyźni. Obserwowanie ich. To, że oni decydują o sobie. Kochają decydować o sobie. Nauczyłam się tego od nich. Piękne to jest. 

Pamiętam, kiedyś zaczęłam spotykać się z mężczyzną, który jeździł wyjątkowo dobrym samochodem. Zapytałam, czy to służbowy, na co odparł - nie, mój. Pamiętaj, w życiu trzeba zarabiać tyle, żeby mieć swoje a nie czekać na służbowe. 
Zapamiętałam.

Jak ktoś gardzi pieniędzmi, jednocześnie narzekając na jakość swojego życia, to niech zauważy pewną zależność. 
Spełnianie własnych potrzeb to jedno, ale to też pieniądze są potrzebne, żeby pomagać innym. Jednym z moich marzeń jest filantropia. Może kiedyś. 

Jedno jest dla mojej niezależności finansowej pewne: nie chciałam nigdy faceta, który mi się oddawał ze swoją kasą. Strasznie to przykre, że ktoś, kto ma pieniądze, potrafi pokazywać je jako swoją wartość. OK. Rozumiem, ludzie mają różne potrzeby i powinni je spełniać jak chcą. Brak pieniędzy też miewa różne podłoża i ważniejsze jest, czy jest stanem stałym, czy przejściowym. Tak jak nie chciałabym być z kimś dla kasy, tak też nie chciałam być z kimś, kto nie potrafi zadbać o siebie i swoje potrzeby. 

W życiu różnie bywa, jednak pogarda dla pieniędzy, które są gwarantem zadbania o siebie, swoje zdrowie, o bliskich i obcych, są często konieczne do realizowania marzeń, są walutą wymienną mówiąc już najbardziej oczywistym językiem, kryje coś niepokojącego. To ludzie gardzący pieniędzmi oczekują z reguły, żeby dało im państwo. 
No nie. 

Tak, jestem materialistką. 
I kocham swoją niezależność finansową. 

Czemu jednak odczarowuję pejoratywne znaczenie materializmu? Bo przez nie ludzie gardzą pieniądzem, obwiniają go za wszelkie zło i lokują w nim własne wady. 
Kto nie widział rozwodu (chociaż jednego) z prawie walką na noże o podział majątku? Kto nie widział chociaż jednej awantury spadkowej prawie nad grobem? Kto nie widział chociaż jednej sytuacji łapówkarstwa, defraudacji, oszust podatkowych itp? Tak, to wypacza znaczenie pieniądza, tylko za każdą z takich spraw stoi "należy mi się". 

I to jest coś, co mnie mierzi. 
To ten chory materializm, który pozwala wyciągać rękę po cudze. 

No nie. Ja jestem materialistką, która kocha zarobić sobie i z dziką przyjemnością żyć. 

Dlatego przejściowy brak kasy jest dla mnie depresyjny. Nie znoszę pożyczać od innych (ba, szybciej wezmę kredyt), nie lubię narzekać, gdy nie mam. Po prostu jestem przybita, bo nie dałam sobie rady. Mało co mnie tak przybija. Czasami jednak dopada. No nic. 
Bywa. Budżet domowy to budżet domowy. 

Najważniejsze, że to mija. To normalne. To życie. Raz lepiej, raz lepiej. 

Już samo pisanie o kasie poprawia mi humor. 
Tak. To miłość. 

Przynajmniej nie jestem hipokrytką. 

PS. Zwalają z nóg hasła w reklamach: "weź kredyt i zaoszczędź". Albo promocje. Nie nabierajcie się na to. 
Nie możesz zaoszczędzić biorąc kredyt. Logika się kłania. Kredyt jest produktem bankowym, który kupujesz i to nie tanio. Koniec filozofii. 

Promocje - wiesz czemu służą? Przyciągnięciu cię do sklepu. Nie wierzysz? Ile razy idziesz do sklepu, bo jest promocja jakiegoś produktu a wychodzisz z pełnym koszykiem? Tak. O to chodzi. 

Bycie materialistką pozwala mi poruszać się dość swobodnie po produktach bankowych i narzędziach sprzedażowych. Jak współczesne zwierzę radzę sobie w tej dżungli doskonale. Jestem materialistyczną pumą ;-)
Dlatego czym jak czym, ale kasą to mi nie można zaimponować. 

Proste. I ja takie rzeczy piszę za free, bo tego to powinni obecnie w szkołach uczyć, a nie wiem, czy chociaż wspominają.  Przedmiot "świadome zakupy" byłby na czasie. 


Szczerość daje mi poczucie wolności, jak samodzielność finansowa ;-) 

Cierpliwie idę dalej. I jeśli marzenia dalej mają mi się spełniać, to będą. Nic na siłę. Ja nie umiem oszczędzać, więc uzbierać na pewno nie uzbieram. Zarobię? Szybciej ;-)  

Gardzisz kasą? Pewnie wzajemnie. Ona nie jest celem, to najważniejsze. Celem są nasze marzenia i zdrowie. Jest też to, co jest bezcenne. Wiadomo. Ale kasę trzeba lubić. 

PS 2. I kompletnie nie ma znaczenia, kto akurat więcej zarabia. Budżet domowy to suma, tego co każde wkłada (I nie musi to być wartość tego, ile które zarabia). 
Ja kocham być samodzielna. Cecha materialistki.  
Żeby było śmiesznie: kocham być bezinteresowna.