6.12.13

Kraków & Vroclav

Zdarza się, że żyję jak stewardessa. Kocham te okresy.
Śniadanie w Gdańsku, obiad w Berlinie, kolacja w Kolonii, albo w Krakowie, albo Poznaniu, czy Warszawie. Nie mam szansy na rutynę, bo to nie jest moja praca. To środek do celu, a ja po prostu doceniam drzemiące w tym plusy. W końcu jestem slow. 

Kocham Kraków. Gdyby nie Gdańsk to Kraków. Już kiedyś o nim pisałam. To miasto skradło moje serce, też ciastem czekoladowym. Wawelem, Kazimierzem, Kopcem, klimatem i ludźmi i bliskością gór.  


Hotelowe odpały. Każdy przyjazd do hotelu celebruję jak wariat. Wyjazdy mają to do siebie, że mam całe łóżko dla siebie ;-)

Wrocław. Dzięki przyjaciółce dowiedziałam się o krasnoludkach. Gdy znalazłam się już we Wrocławiu nie mogłam odpuścić okazji zobaczenia ich. No kto by nie chciał zobaczyć krasnoludków? Zaczepiłam grupę młodych ludzi na rynku i zapytałam, gdzie są krasnoludki. Usłyszałam roześmiane - wszędzie. Trzeba ich poszukać, ale są wszędzie. -
 No szaleństwo. Genialny pomysł. I nie spotkałam się wcześniej w Polsce z kwiaciarniami otwartymi w środku nocy. Takie coś to tylko we Wrocławiu i Krakowie. 
Czy podróżując można się zdrowo odżywiać? O tak i to bardzo. Wystarczy wybierać dania oparte na rybach czy kurczaku, z dużą ilością warzyw, do tego dobre zupy. I wszystko będzie w porządku. Fast food wcale nie musi nawet pojawić się na mapie. Ale może. Ale nie musi :-)
Polskie restauracje są coraz bardziej przystosowane dla ludzi o różnych potrzebach i nie mówię o restauracjach z listy rekomendacji Michelin, tylko o tym, co jest dostępne dla każdego.

Nie wiem dlaczego, ale mam niemrawe przeczucie, że programy jak Kuchenne Rewolucje podnoszą poprzeczkę i restauratorzy się na nich uczą. I bardzo dobrze, bo dobra jakość ma być: co? Tak jest: Dostępna dla każdego z nas.
W podróży tym bardziej.