15.12.13

Lista marzeń, pierwsze razy i co na przyszły rok


Od 2007 roku prowadzę listę marzeń. Żeby jej nie zgubić, mam ją na zamkniętym blogu. Aktualizuję ją co roku. Albo na koniec poprzedniego, albo na początku nowego. Czuję magię, gdy skreślam jakieś punkty. Nie, nie wyrzucam ich, ale właśnie wykreślam. Dzięki temu widzę, jak się ta lista zmienia.




Dziś miałam wieczór aktualizowania listy na przyszły rok. Wzięło mnie, to odpaliłam edytor i popłynęło. Dzielę je na długofalowe, które mają być niekończącym się procesem, stanem i tych nie skreślam, gdy trwają w spełnianiu się, ale są też jednorazowe. Dzielę je na prywatne i służbowe (w końcu moja praca jest moją pasją i mam związane z nią marzenia. A jakże. Mam tu punkty w miarę mierzalne, ale też nie, jak fajny team, dobrą atmosferę).

Są tak konkrety, typu podróż gdzieś (podróż Koleją Transsyberyjską, salsa na Kubie, Barcelona i reszta świata w zapasie :-), są ogólniki, które jednak nie są dla mnie oczywiste a których spełnianie jest dla mnie ważne i jest spełnianiem marzenia. Ogólniki jak miłość, zdrowie, poczucie szczęścia.  Tak, to moje marzenia. Spełniające się, ale jednak marzenia. Bo kiedyś o tym marzyłam, czasami nawet nie wierząc już w spełnienie. A jednak.

Czego nie ma? Przedmiotów. Był kiedyś jeden: biżuteria od Tiffany i w jakiś sposób się spełniło. (uściski dla K. :-)
Tzn no jasne, są jakieś rzeczy, które chcę mieć, ale to nie są jednak marzenia. Rzeczy to kaprys. Chyba zawsze i nadają się na listę kaprysów. Też ważną, ale jednak, no hm. Nie, no takiej listy nie będę robić, szkoda mi czasu, bo ja nie muszę posiadać, wolę mieć możliwość korzystania :-) (Tak jak z samolotem czy jachtem. Kiedyś kolega mnie zapytał, czy chciałabym mieć samolot. Odpowiedziałam, że nie, bo to problem. Samolot trzeba utrzymywać, koszty, załoga, no bez sensu. Wg mnie fajnie jest mieć możliwości korzystania, np. mam ochotę na kawę w Paryżu, to kupuję bilet lotniczy i lecę, bez patrzenia na cenę. To jest fajne.  Mieć samolot nie jest :-) Elektronika? Zawsze odsprzedaję, albo oddaje starsze modele, po co mam zbierać? Kosmetyki, ubrania, buty, no tyle ile trzeba. Oddaję stare, gdy przychodzą nowsze. Jedyne co zbieram i lubię mieć, to książki. No bywa. Itd. Itp. Rzeczy to rzeczy. Jak je chcę, to je sobie po prostu kupuję. Nie ma w tym większej filozofii. Książki to często pamiątki, bo wiele z nich dostałam. Rzeczy same w sobie, no nie. Za dużo ich miałam. W tym względzie jestem mocno w grupie minimalistów. Wolę doświadczać, zobaczyć, być, przeżyć coś, stworzyć, dotknąć, wbić w pamięć wspomnień i to trafia na listę marzeń. 

No ale wracając... 

To lista innego kalibru. Większych wyzwań i na dziś nieosiągalnych celów, ale tylko wykreślanie takich nazywam realizowaniem marzeń. Marzeniami są cele, które wydają się niemożliwe z dzisiejszej perspektywy. Ale na tym polega wyzwanie.


Czemu to służy, czemu służy lista marzeń? Mówiąc wprost, przypominaniu, co dla mnie samej jest ważne.
Czemu nie publikuję tej listy? Bo to są punkty, które są dla mnie z reguły bardzo osobiste. O innych pisuję np. tu albo opowiadam przy różnych rozmowach. Wiele drobnych marzeń spełnia mi się poza listą. Po prostu ich nawet nie ujmuję. Czemu? Bo dowiaduję się o nich w momencie spełniania, a przechodziły mi przez głowę dawno temu.
To są drobiazgi, które jednak są dowodem tego, że warto marzyć nawet o pozornie drobnych sprawach, bo każde spełniające się marzenie jest wypełnione niemożliwą wręcz magią.


Spełniającymi się marzeniami są w pewien sposób też te pierwsze razy, które tak lubię kolekcjonować. Powyższy obrazek wywołał mój uśmiech, bo do wielu z nich właśnie te zdanie może się odnieść.

Najważniejsze marzenie z tego roku, które już się spełniło?
- Zostałam matką chrzestną kochanej N. [Tak, na myśl o tym rosnę z dumy]. Do tego marzenia się nawet rodzicom małej (czyli  w tym mojej najlepszej przyjaciółce, hehe) nie przyznałam. Nie chciałam wpływać na ich decyzję. Propozycja mnie jednak uskrzydliła.


- rzuciłam palenie. E-papieros z beznikotynowym liquidem niby je zastąpił, ale tak nie jest. Gdy zapominam e-papierosa, to się nic nie dzieje. Zwykły papieros odszedł. Dziś się dziwię, że paliłam. 01.grudnia minął rok. Chciałam to jakoś celebrować, ale zapomniałam. Mam zdolność nadpisywania wspomnieć i te o paleniu już nadpisałam. Nie umiem już palić, chociaż z tym jest pewnie jak z jazdą na rowerze. To nadal nie zmienia faktu, że na dziś nie mam pojęcia, po co miałabym wdychać dym. Coś mi się przestawiło. Ciekawostka, że to marzenie miałam na liście od 2011r. Wtedy też trafiłam na książkę Carrego. Pierwsza próba była porażką, ale w 2012 zapaliłam ostatniego papierosa. Nawet nie pamiętam gdzie. I tak to sobie trwa. W każdym razie przy aktualizacji spokojnie odhaczyłam ten punkt jako spełniony. Czy wydawało mi się to możliwe w momencie wpisywania na listę? Szczerze? Nie. Ale od tego czasu nienachalnie opracowywałam sposób, dzięki któremu zapomniałam o tym, że paliłam. Zadziałało. Carr na pewno był mocną inspiracją, w którą stronę w ogóle kierować myślenie.
Tak czy inaczej, marzenie się spełniło. Tadam. A ja byłam naprawdę nałogiem... Znudziło mi się ;-)

Na marginesie, wcześniej też było podobnie z prawkiem. Gdy wpisywałam je na listę wydawało mi się to niemożliwe do spełnienia. Byłam beznadziejnie przerażona. No i? Dziś, jak od ponad 5 lat, nie wyobrażam sobie już życia bez auta. Tzn wyobrażam, nie w tym rzecz, ale chodzi mi o przełamany strach i 100% miłość do samochodu. Ba, ja kocham prowadzić auto.


Ha, spełniło się też moje marzenie o tym, żeby wróciła salsa. No prawdopodobieństwo było przez jakiś czas żadne. A jednak. No mówię i mam ;-)


Rok 2013 pełen był za to pierwszych razów, których właściwie się nie spodziewałam i strasznie mnie to kręci. Od sauny, przez pierwsze pieczenie chleba, po kilka sukcesów zawodowych (borze, jaka byłam z siebie dumna. Uzależniające uczucie), po najbardziej niespodziewane  - udział w "występie" przed publicznością, ale prywatnie (co było totalną i skrajną improwizacją i cieszę się tylko, że ten pierwszy raz mam za sobą, bo teraz to już mnie nic nie złamie w tej kwestii, normalne po przekroczeniu granicy własnego przerażenia ;-), po kilka wywiadów (szczególnie tych w związku ze slow life, co było przemiłym zaskoczeniem).
Ja tych pierwszych razów z reguły nawet nie przewiduję. One się dzieją. Wystarczy czasami jedno: powiedzieć TAK okolicznościom. Umiem, więc gdy mam ochotę, to mówię i jest ciekawie. Poproszę więcej i nowego ;-)

Rok ten przyniósł mi też potężny egzamin związku. Mojego charakteru i granicy mojego egoizmu. Ten egzamin jeszcze trwa, a z każdym dniem mam do niego coraz to inny stosunek. Właściwie będę mogła powiedzieć cokolwiek więcej, jak poczuję, że osiedliśmy w jakimś punkcie. Chociaż na chwilę. Na razie proces zmian trwa. Związek jest w tym względzie jak mała łódka na wzburzonym morzu, przy czym morze to okoliczności. My siedzimy w łódce. M. jest zachwycony, ale to wiking z natury. Bycie kobietą wikinga jest hm ciekawe ;-)

Czego mnie ten rok nauczył? Oddzielania poczucia szczęścia od czynników zewnętrznych. Morze rzuca łódką, buja nią, ale dopóki jej nie niszczy, to po prostu czasami robi się niedobrze od bujania, ale nadal jest ok.

Co jest najcenniejsze? Mam dość wysoki level  poczucia życia tu i teraz i oceniania życia z tej perspektywy. Scenariusze na przyszłość oczywiście miewają różne zabarwienie i tak ma być, bo to jest jakaś zapobiegliwość i motor działania, motorem do okrzyku "Cała wstecz! Odbijamy" bądź "Cała w przód!", ale coraz lepiej oddzielam to od tego, co mam tu i dziś, czyli jestem szczęśliwa. Generalnie dzięki temu doceniam też te okresy, gdy wiatr cudownie pomaga płynąć. Flauta też bywa w porządku, bo daje odpoczywać.

Nowy rok niesie zmiany. Tego jestem pewna. I bardzo dobrze. Przecież to zmiany determinują posuwanie się do przodu. Nie tylko mentalnie. Dobrze jest móc te zmiany generować. Chociażby marzeniami.

 I Bogu dzięki.

Zobaczymy co przyniesie kolejny rok.
Lista marzeń czeka ;-)
Co ją zamyka w sferze prywatnej? Po raz pierwszy, bo doszła w końcu Książka. Napisać w końcu książkę (w końcu, bo zabieram się do tego od czasów nastolatki i ciągle uważałam, że nie mam w sobie dość materiału. Dziś wiem, że coś tam już mam. Wiem jedno: bardzo bym chciała, żeby ta książka była wielką inspiracją, pomocą dla innych. Raczej nie poradnikiem, bo tego jest tak dużo i po co kolejny, ale jeszcze nie wiem, w końcu form trochę jest. Jeszcze nie wiem. Może ten rok to przyniesie. No chciałabym, tylko nie wiem, czy znowu nie będę szukała wymówek, pewnie będę. Ale spokojnie, to mnie jakoś nie goni, jak nie ten rok, to przyszły, ważniejsze dla mnie, co to będzie a nie kiedy i na pewno nie chcę daty granicznej. Nie w tym. Moja artystyczna dusza i ścisły umysł są slow w tym względzie). Najlepsze, że pomysł mam na dwie książki, zupełnie różne, a to nie ułatwia sprawy. Wiem jednak, że chcę żeby to były książki, które po przetłumaczeniu będą mogły się spodobać też moim obcojęzycznym znajomym. No. Nie rozdrabniam się. Nie spieszy się. To nie tabloid i szkoda papieru na coś miałkiego. Także to będzie musiało być coś. Hm. No tak. Może lata 2014-2016. Tak do 40tki. W ramach kryzysu wieku średniego, ale kto tam wie. Tak, ta myśl o książce mnie przeraża, jest dobrze :-) 

Czy to największe marzenie? No skąd. Wszystkie są duże i ważne. Ale jak wspomniałam, lista jest moja i nawet M. jej nie zna. Nie będę sobie faceta programować listami. On ma mieć swoją.


Mam jeszcze jedną listę w opracowaniu: listę ludzi, których chciałabym poznać osobiście. Ale to zrobię następnym razem.
Acha, jeszcze osobą listą są punkty pracy nad sobą. Ale to już też nie marzenia, bo na to mam zdecydowanie większy wpływ.

Anyway. Marzenia i podsumowanie mnie dziś wyczerpały.
Ale pozytywnie. Szczególnie te wykreślone.

A! Strasznie lubię nowe pozycje, które dochodzą. Również lubię kasować coś, co wydaje mi się banalne i niegodne tej listy. Z latami zmienia się percepcja. Na szczęście na plus.

Taka lista z perspektywy lat jest fajnym doświadczeniem. Od 2007 mam już niezłą perspektywę swojego życia.

Rozwiązanie z zahasłowanym blogiem też jest dobre. Polecam. Fajny czas sam na sam z sobą i swoimi marzeniami :-)