Magia Świąt wg wewnętrznego dziecka

Co cieszy dzieci? Nie mam pojęcia. 
Czego nie lubi wewnętrzne dziecko? Praktyczności. 
Prawda? ;-)

Sprawa prezentów jest tak naprawdę wbrew pozorom bardzo, ale to bardzo delikatną kwestią. Co roku rozgrywają się dramaty w tysiącach domów, bo dzieci dostają nie to, co chciały, albo nie takie, jak chciały. Dorośli to już zupełnie.




Strasznie fajnie jest dawać prezenty. Fajnie jest je dostawać. Ale jest ta magiczna formuła "darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby" i przyjmuje człowiek prezent w pokorze, ze sztucznym uśmiechem i okrzykiem "Ojej! Dziękuję!" a w myślach dodaje "Na co mi to??".

Mamy dwie kwestie: niespodzianki i radości z niej. 

Co jest niefajnym zabójcą niespodzianek? 






Magiczne pytanie: Co chcesz pod choinkę? 
Dlaczego? No dobra. Objaśniam: To tak, jakby powiedzieć facetowi "Kup mi kwiaty. Czerwone, długie róże, tylko nie dodawaj żadnej bibułki i najlepiej jeszcze żeby nie miały nabłyszczanych listków, bo to tandetne. A z resztą. Zaskocz mnie nimi". 

Ludzie, którzy czujecie magię świąt, chyba Wam zazdroszczę, bo jako marketingowiec widzę wyłącznie wielki mechanizm, w którym magii to akurat nie ma za grosz i jest jedno wielkie wmuszanie i wymuszanie.  

Dlatego już dawno poprosiłam bliskich, żeby nie robili mi prezentów, pod choinkę, bo wiem, że się wykosztowują a ja słabo ukrywam rozczarowanie, bo np. nie lubię gdy mi ktokolwiek urządza mieszkanie. Czymkolwiek. Tak, odpada wiele rzeczy. A wiadomo, że przecież ten, kto daje, decyduje co daje. Ale w Święta powinno się sprawiać radość. No i się robi dziwna sytuacja. Zapytasz o prezent, to słyszysz "Daj spokój. Ja mam wszystko" (nie tylko ja tak mam). A ja strzelasz w ciemno, to możesz zabić. Wrażliwość. Nietrafionym prezentem. No i co robić? Jak zrobić niespodziankę i sprawić szczerą przyjemność, żeby wall na fb nie wyglądał po świętach jak ogłoszenie "chętnie oddam lub się zamienię" ;-)
Nie, nie odpowiem na to pytanie, bo nie wiem.

Dygresja: Najfajniejsze prezenty dostaję z reguły zupełnie bez okazji i raczej jako gest sympatii czy podziękowanie a w urodziny, jak dzika cieszę się z voucherów, bo dają mi okazję do zatopienia się między półkami i wybrania tego, co chcę (a nie co podoba się obdarowującemu), albo pozwalają mi iść do kina na co chcę. Świetna sprawa dla dorosłych. Serio. Ale w urodziny lepsze to, niż rozczarowania. Na urodziny jak najbardziej można zapytać, co chcesz dostać, albo zapytać wprost o zdanie. Niespodzianki naprawdę nie są obowiązkiem. Lepiej niech będzie coś wiadomego, ale cieszącego.

Jakoś z prezentami mam jak z miłością. Przez cały rok tyle dostaję i daję, że Boże Narodzenie nie jest mi do tego potrzebne. No nie do końca, ale o tym za chwilę. 

Dziwnie mi się patrzy na to, że  prezenty zajmują zupełnie przestrzeń Świąt. Mam wrażenie, że to Święta prezentów. Najczęściej padające pytanie "Czy masz już wszystkie prezenty"? Hm.   
Nie wiem. To tak samo jak ze świątecznym przejadaniem. No w ciągu roku głodna też nie chodzę a Boże Narodzenie nie jest dla mnie moim świętem osobistym, więc czemu te prezenty? Bo co? Bo to tradycja obdarowania biednych dzieci. Aha. Jasne. 
No nic.

Ale wracając do wstępu. Tak mi się przypomniało, że jako dziecko marzyłam o kredkach. Uwielbiałam rysować i rysowałam miliardy rysunków. Kredki, wiele kolorów, były tym, co mnie potrafiło wysłać w kosmos. I jeszcze chińskie wieczne pióro. Ale to były takie czasy, że chciało się rzeczy nie drogie, ale właściwie ciężko dostępne. Inne zabawki po prostu szybko mnie nudziły. Jak większość dzieci. Tylko inna sprawa, rodzice pozwalali mi i moim braciom wierzyć w Świętego Mikołaja. Przychodził do nas (ja tak coś czułam, że to wujek Arek, ale nie miałam śmiałości wnikać, gdy puszczał mi oko porozumiewawczo). Tak czy inaczej Święta dawały radość i niespodziankę. Była Magia. 

Tak się zastanawiałam, co bym chciała pod choinkę i M. mnie naprowadził przy okazji jakiegoś programu o "Gwiezdnych Wojnach". Tak. Dziś moje wewnętrzne dziecko chciałoby gwiazdę śmierci z lego. Całe święta byśmy z M. układali ją na podłodze. Pewnie połowę czasu chodziłabym z Vaderem i sapała. Itp. Albo robiła bitwy miedzy nim a Jedy. Bez sensu, zaje bez sensu :-) 
No i tak. 

Nic innego nie chcę, bo mam wszystko, Święty Mikołaju, a jak nie mam, to sobie kupię, duża jestem :-)
Ale taka gwiazda śmierci... Tak, wiem, że to totalnie bez sensu i bezużyteczne i za miesiąc, albo tydzień po złożeniu będę się wnerwiała, że zbiera kurz, tylko wiesz, to jest właśnie to, co jest w takich prezentach. No czysta przyjemność. Bez sensu. To po prostu doskonały przykład prezentu pod choinkę. Dlatego, że ucieszyłby wewnętrzne dziecko we mnie. No albo coś takiego właśnie. No ale ja już naprawdę wszystko takie mam. Nawet ostatnio komiks właśnie te wewnętrzne dziecko ucieszył. Well. 

Tak czy inaczej pod choinką nie powinny być lekarstwa, naczynia, garnki, miksery, rajstopy korygujące albo krem na zmarszczki. To nie tak. To mówi moje wewnętrzne dziecko, które się trochę smuci na widok tego marketingowego jobla.  To czas sprawienia przyjemności temu wewnętrznemu dziecku a nie kobiecie, mężczyźnie, żonie, mężowi, babci, dziadkowi czy cioci. W nich też jest wewnętrzne dziecko, o którym się zapomina nawet przy szukaniu prezentów pod choinkę. 

Myślę, że prezenty pod choinkę mają być takie nasze, dla naszej czystej przyjemności. Wyłącznie. Wszystko inne dawajmy w inne dni, z okazji lub bez. To też działa, ale nie zabija magii Świąt. Nie wiem. 

Może ja żyję w jakimś innym świecie, ale tak to widzę, że pod choinką prezent powinno dostawać dziecko, albo nasze wewnętrzne dziecko a nie dorosły. Dorośli tego przecież nie rozumieją. 

Czy tylko ja pamiętam o istocie Świąt? 
Mam nadzieję, że nie. 

To pora, żeby wsłuchać się w wewnętrzne dziecko. Dajmy mu dość do głosu chociaż w Święta. Bóg się rodzi, dziecko też tak pięknie widzi symbolikę tych Świąt. Przynajmniej dopóki nie zacznie patrzeć przez pryzmat oczekiwań z najnowszej gazetki supermarketu. Nie wtedy. No szkoda, że jest jak jest. 

Ech :-) 

Nie, no ja niestety ni dydy nie czuję Magii Świąt. Cieszę się, bo w tym roku pierwsze Święta będzie miała moja mała chrześnica. Czekam, aż będzie już troszkę większa. Mam nadzieję, że rodzice dadzą jej poczucie magii. Ja postaram się być tym aniołem stróżem, jak chciałam od początku a co to będzie znaczyło w kontekście Świąt jeszcze nie wiem, ale wierzę w intuicję. 

Ech magio świąt. Czemuś mnie opuściła? :-)
Wróć kiedyś. 

PS. Nie pytajcie "co chcesz pod choinkę". Wyciągnijcie to jakoś, ale begju, nie pytajcie, jak sami chcielibyście być niepytani. Szukajcie :-)
(tak, domyślam się. za późno w tym roku)

Na pocieszenie, polecam wykorzystanie tego czasu na wspominki z dzieciństwa, jakie my uskuteczniamy, przykładowo TU

A może jednak poczuję znowu dzięki temu tę magię Świąt? Kto wie :-)

PS 2. A tak naprawdę, to to wszystko i tak nic, bo moje wewnętrzne dziecko chciałoby spędzić Święta z moją rodziną a nie może. Nie, jednak nie będzie magii, bo nie ma niezbędnego czynnika. Tak to działa mniej więcej u mnie. Jestem minimalistką i rzeczy mnie nie ucieszą tak, jak możliwość przytulenia w święta mamy i braci. Ale jak co roku, będę z nimi bardzo myślami. Za rok też są Święta. Nic straconego ;-)

Komentarze

  1. O tak! Dla mnie magia świąt to właśnie rodzina! Ja jestem ciepła klucha :)
    A jesli chodzi o prezenty.. Ja akurat bardzo lubię kupować lub robic komuś prezenty i zawsze, ale to zawsze daje prezenty, ktore są spersonalizowane. Często nawet ich nie kupuję, tylko sama wymyślam. Nie znosze tzw. bzdetów, ode mnie nie dostaniesz figurek stojących, ściereczek, ręczników i innych. Moim zdaniem, żeby zrobic dobry prezent komus, wystarczy dobrze słuchać i obserwować. Mojego Męża niestety czeka jeszcze wiele lat nauki, bo ja zwykle mówię, to już nawet nie sa wskazówki, tylko mówię wprost, że ucieszyłabym sie z tego i tamtego. Ale nie mam do niego pretensji, że nie kojarzy faktów. To, że ja bym to wykorzystała, nie znaczy że on również musi, prawda :)? Zresztą wszyscy doskonale wiedzą, że ja zawsze, ale to zawsze (czy kolejny raz użyłam tego sformułowania?) niesamowicie ucieszę się z książki :)

    OdpowiedzUsuń
  2. I a propos książek- miałam tez taką sytuację, że na ślub, zamiast kwatów zażyczyliśmy sobie z Ł. książki. Rozmawiałam o tym z koleżanką i ona skrytykowała to, ponieważ uznała, że wymuszanie na kimś co ma komu dać to jest nietakt. No i że była na ślubie, gdzie młodzi też zażyczyli sobie ksiazki i dostali upominki typu "Hodowla żółwia błotnego". Ja osobiście lubię wiedzieć, co sie komuś podoba, przyda itp, ale ta sytuacja pokazała też mi jakie mamy szczęście, że otaczają nas inteligentni ludzie. Dostaliśmy niesamowite książki, z niesamowitymi dedykacjami. To był dla nas najlepszy ślubny prezent. A kwiaty by zdechły w bagazniku, bo pewnie bysmy o nich zapomnieli .

    A jakiś czas temu małam własnie burzliwa rozmowę z moim tatą na temat tego co z tym darowanym koniem. Ja uważam, że jeśli nie masz pomysłu na prezent to nie ma sensu nikogo na siłę uszczęśliwiać, a druga sprawa- mnie również ma prawo się coś nie spodobać. Naprawdę wolę już, gdy mnie ktos zapyta w takiej sytuacji wprost.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm, różnie bywa z tymi prezentami :-)
    Jednak dawanie takich praktycznych prezentów z okazji jest serio smutne. Jak wspomniałam, praktyczne prezenty najlepiej dawać bez okazji. Niepraktyczne też w sumie. A co do prezentów od faceta, to ci powiem, że ja z M. właściwie nie nazywamy niczego dawaniem sobie prezentów. Generalnie faktycznie po prostu kupujemy (czy samodzielnie czy sobie wzajemnie) to, czego chcemy, ale nie nazywamy tego prezentami. Może to kwestia podejścia. W sumie na upartego mogę sobie wmawiać, że te perfumy, czy bieliznę czy wyjście do kina czy książka, to prezent. Ale po co? :-) Wiem, wiem, mało romantyczne :-)

    Świetny pomysł z tymi książkami zamiast kwiatów. My chcieliśmy pluszaki, które oddaliśmy potem do domu małego dziecka. To tak w kwestii dopieszczania dziecka. Heh.
    Ale jako pamiątka ślubu, no genialne. Mam nadzieję, że jakaś przyszła panna młoda, albo pan młody trafi na ten komentarz, ale może przytoczę to jeszcze w jakiejś notce. Serio fajny pomysł ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. To bardzo fajne kupować sobie coś bez okazji. To faktycznie nie musi być prezent. Może to byc wyraz na przykład tego, że sie o kims myśli. Ja tak często w sumie mam.
    Masz rację.
    I to juz jest jakoś w sumie jakoś tak.. wpojone, tylko nie wiem przez co lub przez kogo, że jak prezenty- to musza byc praktyczne. A powiem Ci, że miałam trochę przemyśleń po Twoim tekście. Święta Bożego Narodzenia są w jakiś sposób dla mnie szczególne i upomminki (moze niekoniecznie urodzinowe lub z innej okazji) te świąteczne, choinkowe zawsze budzą dziecko, gdy widzi się pakunki pod choinką i fakycznie fajnie byłoby zobaczyć coś, co sprawi frajdę- tak po porstu. Wiesz z czego ja bym się ucieszyła? Z takiej kryształowej kuli ze śniegiem w środku. Ona zawsze mnie jakos dziwnie rozczula i budzi we mnie małe dziecko.
    Coś jeszcze uzmysłowił mi Twój tekst- to, że czuję się nieswojo i niepewnie, gdy dostaje prezent i nie wiem co jest w środku.
    Ale w sumie to ogólnie dla nie prezenty materialne nie są ważne tak, jak sama pamięć. A jednym z najdroższych dla mnie prezentów była suszona czterolistna koniczyna od mojej przyjaciółki w liceum. Po prostu.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zapraszam do korzystania ze skrótu: https://www.myslowlife.pl